Humor z Temidą    

 
 

      Bieżący numer      

 
Detektyw - okładka
 

  Wydanie Specjalne  

 
Detektyw - Wydanie Specjalne - okładka

Wypadek w kopalni

2009-01-27
W latach trzydziestych ubiegłego wieku, w angielskiej kopalni węgla kamiennego wydarzył się tragiczny wypadek, w wyniku którego czterech górników straciło życie. Rodziny ofiar oskarżyły dyrektora kopalni o zaniedbanie obowiązków służbowych i zlekceważenie niebezpieczeństwa, zagrażającego życiu ludzi pracujących pod ziemią. Dyrektor został postawiony przed sądem, jednak ława przysięgłych uniewinniła go z braku przekonywających dowodów winy. Dopiero późniejsze prywatne śledztwo pewnego upartego detektywa spowodowało, że dyrektorowi kopalni można było udowodnić, iż zdawał sobie sprawę z zagrożenia, a mimo to niczego nie zrobił, aby uchronić ludzkie życie.

 
Po odstrzale na przodku zawalił się kopalniany chodnik, odcinając drogę ucieczki pracującym tam górnikom. Czterech ludzi z pewnością mogłoby uratować się z pułapki, gdyż pomoc nadeszła już po godzinie, gdyby nie trująca mieszanina gazów – tlenku węgla i dwutlenku węgla, która niestety spowodowała ich śmierć.
 

Podczas rozprawy przed sądem dyrektor Prachett zeznał, że ostatniego wieczoru przed wypadkiem osobiście kontrolował pechowy chodnik, przebywając pod ziemią ponad dwie godziny, i nie stwierdził obecności żadnego niebezpiecznego gazu. – Gdyby był tam wówczas tlenek węgla – argumentował – ja również musiałbym ulec zatruciu, a wyjechałem na powierzchnię cały i zdrowy! – Tłumaczenie dyrektora kopalni nie wszystkich przekonało...

 
Wynajęty przez rodziny zmarłych górników prywatny detektyw Stanford, rozpoczął swe nieoficjalne śledztwo od rozmów ze służbą, zatrudnioną w domu dyrektora Prachetta. Od ogrodnika dowiedział się, że wieczorem dnia poprzedzającego wypadek w kopalni, dyrektor wrócił do domu mocno przygnębiony. Powodem była nagła śmierć jego ulubionego pieska, z którym praktycznie się nie rozstawał. Detektyw postanowił porozmawiać z dozorcą kopalni.

 
Dozorca potwierdził, że w wieczór poprzedzający pechową poranną szychtę, dyrektor Prachett dokonywał rutynowego obchodu podziemnych wyrobisk. W takich inspekcjach towarzyszył mu zawsze nieodłączny pupil, mały ratlerek. Dozorca zapamiętał dobrze ten wieczór, gdyż wtedy dyrektor wyjechał na powierzchnię trzymając nieżywego psa. – Prachett był bardzo zmartwiony – relacjonował dozorca. – A pies zjadł pewnie trutkę na szczury...

 
Ta wiadomość upewniła detektywa, że dyrektor jako doświadczony inżynier musiał się wówczas zorientować, że w kopalni pojawił się trujący tlenek węgla, a mimo to zezwolił na poranne fedrowanie. Kiedy detektyw zrozumiał prawdziwą przyczynę śmierci psa, natychmiast o wszystkim zawiadomił policję.



DLACZEGO DYREKTOR USZEDŁ Z ŻYCIEM
A PIES ZDECHŁ?

(rozwiązanie w numerze)