Zadzwonił do matki z przychodni, że dostał pięć dni zwolnienia z pracy na nogę (w dzieciństwie zwolnienia z pracy na nogę (w dzieciństwie przeszedł chorobę Heinego-Medina, niedowład stopy był powodem częstych urazów) i już jedzie do mieszkania brata, gdzie rodzina czekała na niego z imieninowym toastem. Ale nie dojechał. Przez kilka godzin nie wiadomo było dlaczego – w 1987 roku nie było jeszcze telefonów komórkowych w Polsce. Tomasz Kalinowski, pracownik spółdzielni inwalidzkiej „Świt” (pracował przy taśmie z dezodorantami do ust), i o takim luksusowym wówczas urządzeniu nawet nie słyszał. Gdy późnym wieczorem matka Tomasza Kalinowskiego otworzyła drzwi do mieszkania na drugim piętrze warszawskiego mrówkowca, stanęła w progu jak wryta. Szafa w dużym pokoju była otwarta, pogruchotany regał wraz z zawartością szafy porozrzucany był na podłodze, obok turlających się butelek po winie i piwie. W pokoju 19-letniego Tomka, zobaczyła na wersalce ciało martwego syna – trzymał sztywnymi już placami pół bochenka chleba. Jego twarz przysypana była sztucznymi różami z przewróconego wazonu. Dywan zaczerwienił się od spływającej z tapczanu krwi. Chłopak miał otwartą ranę w okolicy serca. Krzyk Janiny Kalinowskiej doszedł aż do parteru – zaalarmowany dozorca wezwał milicję.
Zaczęło się dochodzenie. Sumienny oficer operacyjny szczegółowo opisał i sfotografował mieszkanie, w którym znaleziono denata. Na zdjęciach uwiecznił m.in. zajmujące całą ścianę pokoju aż po sufit wyszkowskie regały, adapter Artur, maszynę do szycia marki Łucznik, stojącą w przedpokoju pralkę Franię, a w oknach lniane zasłony produkcji fabryki w Żyrardowie. Tak wówczas wyglądały typowe mieszkania w blokach w Żyrardowie. Rodzice Tomka byli robotnikami.
Na użytek śledztwa odnotowano brak długiego noża w szufladce kuchennego stołu (leżał w kącie pokoju). Z pustej cukiernicy w serwantce zniknęło 10 tysięcy złotych i bon PeKaO o wartości 20 centów.
Zrozpaczona matka przedstawiła milicjantom zmarłego jako czułego, nieszczęśliwego z powodu widocznego kalectwa syna. Jego starszemu bratu lepiej ułożyło się w życiu – ożenił się, mieszka w wynajmowanej kawalerce, stara się o przydział do bloków. Tylko Tomek – zawsze sam, bez dziewczyny, przyjaciela, ciągle odrzucany; serce jej pękało, gdy widziała, jaką niewdzięcznością odpłacali ci, do których on, naiwny, wyciągał rękę. Ale nie pomagały przestrogi – nadal przyprowadzał do domu bezdomnych rówieśników, których spotkał na ulicy. Częstował herbatą, robił kanapki, zapraszał do łazienki na gorącą kąpiel, a potem do swego pokoju. Bała się, że w końcu trafi na złoczyńcę, a ona nie zapobiegnie nieszczęściu, gdyż będzie w pracy. Prosiła sąsiadkę z naprzeciwka, żeby obserwowała przez wizjer, z kim Tomek wraca z miasta i aby zatelefonowała do niej, gdyby coś wzbudziło jej niepokój. Ale akurat tego dnia, gdy Tomek zginął, sąsiadka wybrała się do przychodni.
Na pytanie, kto mógł zamordować Tomka Kalinowskiego, matka odpowiadała z płaczem: – Nie wiem! To biedne dziecko nie miało wrogów! Wszyscy w bloku poświadczą, że Tomek był bardzo uczynny, gdy widział starszą lokatorkę objuczoną torbami, pomagał donieść je pod drzwi mieszkania. Mam takie przeczucie, że zabójca przyjdzie na pogrzeb syna. Już poprosiłam sąsiadki, aby się rozejrzały, gdy staną nad grobem, może wypatrzą kogoś dziwnie się zachowującego. Proszę, aby milicja wysłała na cmentarz kogoś po cywilnemu.
Wydelegowano młodego funkcjonariusza, który po ceremonii pogrzebu dyskretnie wylegitymował pewnego mężczyznę, samotnie stojącego z boku. Ten człowiek, cały w czerni, z nikim się nie przywitał, a gdy grabarze chwycili za łopaty, pośpiesznie opuścił cmentarz. Okazało się, że był to kadrowy w Spółdzielni „Świt” i został wydelegowany przez w Spółdzielni „Świt” i został wydelegowany przez dział dezodorantów na pogrzeb kolegi.
***
W czasie kolejnego przesłuchania Kalinowska przyznała, że miała z najmłodszym synem trochę kłopotów – wpadł w złe towarzystwo i nawet siedział trzy miesiące w areszcie, bo obrabowali kiosk „Ruchu”. Ale to była dla niego nauczka na całe życie – po wyjściu na wolność zerwał z włamywaczami, od tej pory chodził po mieście samotnie. Przez to trochę zdziwaczał. Gdy pytała go, gdzie wałęsa się przez tyle godzin, denerwował się, że nie może chodzić swoimi ścieżkami.
Oficer śledczy sporządzający dokumentację miejsca zbrodni zauważył jaśniejszy prostokąt na słomiance nad tapczanem. Co tam wisiało? – usiłował dociec.
Matka przypomniała sobie, że kiedyś Tomek potrzebował pinezkę, aby przyczepić zdjęcie Kamila, kolegi ze szkoły podstawowej, z którym miał sprawę o włamanie do kiosku. Przekonywała syna, aby nie wieszał zdjęcia człowieka, przez którego o mało co by nie zszedł na złą drogę; ale nie chciał jej słuchać. Była pewna, że zdjęcie wisiało jeszcze tego dnia, gdy syn zginął. Budziła go rano do pracy i ponieważ od dawna fotografia szczerzącego zęby Kamila ją drażniła, odruchowo chciała ją odpiąć z maty. Ale w ostatniej chwili zmieniła zamiar. Kamil dawno już u nich nie był, syn mówił, że wzięli go do wojska.
Obraz nazbyt ufnego wobec obcych Tomka nie pasował do jego charakterystyki, przedstawionej przez sąsiadkę Kalinowskich. Kobieta nie zauważyła u chłopaka kompleksów, przeciwnie, zapamiętała go jako nazbyt skorego do wypicia. Nieraz słyszała przez drzwi podzwanianie butelek z alkoholem w reklamówce, z którą Tomek, otoczony podejrzanie wyglądającymi typami, wchodził z głośnym śmiechem do domu, w czasie gdy rodzice byli w pracy. Po kilku godzinach całe towarzystwo wytaczało się z przekleństwami na korytarz, z trudem trafiając do windy. Mówiła o tym Kalinowskiej, ale daremnie. – Przesłyszała się pani, a przez wizjer twarze są zniekształcone – zwykła odpowiadać matka Tomasza.
Jeszcze innych informacji dostarczyło przesłuchanie Andrzeja, starszego brata Tomka. On jeden w rodzinie studiował i to handel zagraniczny. Gdy upewnił się, że nie będzie musiał zeznawać w sądzie (jako najbliższa rodzina ofiary miał do tego prawo) powiedział wprost, że domyśla się, kto mógł zabić jego brata: – Jakiś pedał z Dworca Centralnego, gdzie Tomek często polował na partnerów seksualnych.
– Taka jest prawda o moim młodszym bracie – westchnął Andrzej – niemożliwe, żeby matka się tego nie domyślała, przecież wystarczyło na Tomka spojrzeć, jak się porusza, jak mówi, w co się ubiera. Ona po prostu nie przyjmowała niewygodnych dla niej faktów do wiadomości. Poprosił śledczych, aby uszanowali matczyne uczucia i nie zapoznawali Janiny Kalinowskiej z treścią jego zeznań. – A jeśli chodzi o Kamila, którego zdjęcie wisiało na macie, to opowieść mamy, że szczęśliwie przestał się u nich pojawiać, gdyż wzięli go w kamasze, też jest nieprawdziwa. Tomek mi kiedyś powiedział, że Kamil został aresztowany za napad i usiłowanie zabójstwa. Można to sprawdzić, przepytując bywalców szaletu „Pod Grzybkiem” na placu Trzech Krzyży, albo na Dworcu Centralnym, Kamil był tam znany z polowania na nieletnich.
***
obserwowaniu młodszego brata w jego wędrówkach po mieście. Czy student robił to z czystej ciekawości, czy też zbierał dowody, które chciał w pewnej chwili rzucić matce, aby przekonała się, kogo tak naprawdę w rodzinie obdarza największą miłością? Takich psychologicznych meandrów milicjanci nie zamierzali rozsupływać. Co do jednego nie było wątpliwości – ambitny Andrzej, który aby zarobić na studia, nocami rozładowywał wagony z węglem, nie był w domu doceniany. Zdjęcie z dowodu osobistego zamordowanego trafiło do milicjantów z obyczajówki, penetrujących warszawskie dworce, a także kultowe miejsce schadzek homoseksualistów (w tamtym czasie) – szalet na Placu Trzech Krzyży. Jeden z funkcjonariuszy skojarzył twarz na fotografii z notatką, którą sporządził kilka dni przed tragicznym wydarzeniem. Wynikało z niej, że w holu Dworca Centralnego podszedł do niego młody mężczyzna, jak wynikało z okazanego dowodu osobistego, Tomasz Kalinowski. Powiedział, że wśród pedałów ma ksywę Niuniuś i tydzień temu na drugim peronie poznał chłopaka na gigancie (który uciekł z domu), bardzo już brudnego i głodnego. Wziął go do domu, aby się zabawić w „tatę i mamę”. Z łóżka wyskoczyli w dużym pośpiechu, gdyż z korytarza słychać było kroki wracającej z pracy matki. Godzinę później zorientował się, że nie ma w pokoju magnetofonu kasetowego. Pobiegł na Centralny, ale złodzieja już nie znalazł. Codziennie tu zachodził z nadzieją, że wreszcie się na niego natknie. Jak dotąd, bez skutku. Dlatego poprosił o pomoc milicję.
– Poleciłem mu, aby skontaktował się ze swoim dzielnicowym – zapisał w raporcie z dyżuru ów funkcjonariusz.
Milicjant przesłuchujący Andrzeja Kalinowskiego dotrzymał obietnicy i w ponownej rozmowie z jego matką nie wspomniał o seksualnej orientacji zamordowanego. Pytał tylko, czy na trasie wielogodzinnych codziennych wypraw Tomasza do śródmieścia Warszawy był też Dworzec Centralny.
Kobieta nie wykluczała takiej możliwości, bo choć syn się jej nie zwierzał, gdzie wychodzi, często w czasie jego nieobecności odbierała dziwne telefony – gdy mówiła „halo”, ktoś po drugiej stronie milczał, a w tle słychać było zapowiedzi jazdy pociągów.
***
W sztabie dochodzeniowym zapadła decyzja o przesłuchaniu stu trzydziestu mężczyzn, którzy w ostatnich latach zostali wylegitymowani na Dworcu Centralnym przez milicyjną obyczajówkę tropiącą pedofilów. Wszystkim pokazywano zdjęcie Tomasza Kalinowskiego – mieli odpowiedzieć, czy spotkali się już z tym młodym mężczyzną.
Plon przesłuchań okazał się bardzo obfity. Większość indagowanych na widok zdjęcia reagowała okrzykiem: – Przecież to „Niuniuś Kulas”!
I pytali milicjanta: – Co się z nim dzieje, bo przepadł jak kamień w wodę, a jeszcze niedawno wszędzie było go pełno; mimo krótszej, wykręconej nogi żwawo kręcił się po peronach i podziemnych tunelach.
Jednym z przesłuchiwanych był 19-letni Leszek Mały z Zielonogórskiego, który za namową szkolnego kolegi Jerzego Gawlika przyjechał z nim do Warszawy w poszukiwaniu pracy. Zgłosili się do kadr w Kombinacie Budowlanym Zachód. W hotelu robotniczym za pierwszą tygodniówkę zrzucili się na butelkę wina, potem drugą, trzecią, doprawili piwem i balanga zakończyła się zdemolowaniem pokoju. Za ten występek zostali zwolnieni dyscyplinarnie z pracy i otrzymali nakaz zapłaty za zniszczenia. Jerzy Gawlik jeszcze przez pewien czas czyścił stajnie na warszawskim Służewcu, potem wrócił do rodzinnego Lubuska, gdzie zatrudnił się w kinie objazdowym.
Tymczasem Leszek Mały pojechał do Gdyni, aby zatrudnić się w stoczni. Niestety, nic nie załatwił z powodu braku zaświadczenia z gminy o zarejestrowaniu jako poborowego, i kompletnie już bez grosza wrócił do Warszawy. Nocował na ławce na Centralnym.
Którejś nocy, gdy się obudził, zobaczył nad sobą twarz chłopaka w damskim różowym futerku z pomponami u kołnierza.
– Wypijemy? – zaproponował ten dziwnie ubrany facet, wyciągając flaszkę. – Możesz mi mówić Niuniuś.
– Jak na ciotę za bardzo nie napierał – scharakteryzował swego nowego znajomego Mały.
Spotkali się też następnego dnia, w południe. Tomasz Kalinowski zaproponował, aby Mały, przesiąknięty charakterystyczną wonią z dworca, wziął prysznic w jego mieszkaniu. Ponadto na kuchence na pewno stoi ugotowany przez matkę obiad, która właśnie poszła na drugą zmianę do pracy.
– Ja wiedziałem – zeznał przesłuchiwany – że ta kąpiel i jedzenie nie będą za darmo, nigdy wcześniej nie robiłem tego z mężczyzną – ale nie miałem wyjścia. Na dworcu czekała mnie poniewierka, a do rodzinnego domu nie było po co wracać. Więc się nie broniłem, gdy Niuniuś się do mnie dobierał.
Po kilku spotkaniach Tomek posłał mnie do Tadka, wołali na niego Duża Lola, który kręcił się za małolatami na Centralnym, choć już był stary, bez zębów i śmierdział denaturatem. Lola obiecywał mi załatwienie roboty na zapleczu restauracji w Pałacu Kultury, wtedy nie miałbym problemu z najedzeniem się do syta. Ale okazało się, że on nie miał tam żadnych znajomości, tylko tak mówił, żebym się mu nie opierał. W końcu wsiadłem bez biletu do pociągu i dojechałem do Zielonej Góry, a stamtąd PKS-em do swojej wsi. Ojciec załatwił mi robotę w cegielni. Podobnych losów przybyszy z prowincji, którzy chcieli zmienić swoje życie, jadąc w ciemno do Warszawy, milicjanci wysłuchali kilkadziesiąt. Ale żaden ze sponiewieranych chłopaków nie miał nic wspólnego z zabójstwem Tomasza Kalinowskiego.
W plan operacyjny wydziału dochodzeniowo- -śledczego milicji wliczona była również penetracja środowiska homoseksualistów w miejscach ich spotkań. W latach 80. w Warszawie, poza Dworcem Centralnym, były to: szalet publiczny „Pod Grzybkiem” na placu Trzech Krzyży, park Skaryszewski na Pradze i łaźnia miejska na Krakowskim Przedmieściu. Przesłuchano setki osób, temat Niuniusia drążyli tajni informatorzy milicji żyjący w tym środowisku. Dzięki tak szeroko zakrojonej operacji śledczy znali już niemal każdy dzień Tomasza Kalinowskiego z ostatnich tygodni jego życia. Mapę jego obecności w różnych miejscach Warszawy gęsto upstrzyły czerwone kropki. Niuniuś ciągle szukał nowych partnerów; bywało, że w ciągu doby miał ich kilku.
Milicjanci tropiący pedofilów zdobyli nowe adresy mężczyzn pozostających, jak to pisano w raportach, „w kręgu zainteresowań służb porządkowych”.
19-letni Niuniuś raczej nie polował na nieletnich, ale odpłatnie podsyłał wykorzystanych przez siebie chłopców starszym panom, którzy z uwagi na swą pozycję zawodową, nie mogli sobie pozwolić na samodzielne poszukiwanie nocą świeżego „towaru” na dworcach. ***
W takich okolicznościach zawarł bliższą znajomość z Kalinowskim 50-letni Edward P., prawnik z Izby Skarbowej. Przesłuchiwany tak bardzo się wystraszył, że może wyjść na jaw jego orientacja seksualna (miał żonę i dzieci), że pod pretekstem skorzystania z toalety targnął się na życie.
Wiele informacji śledczy znaleźli w notesie mieszkającego w pobliżu Pałacu Kultury homoseksualisty o pseudonimie Lalka. Miał on zwyczaj szczegółowego zapisywania spotkań w szalecie „Pod Grzybkiem”. Język, jakim się posługiwał, był tak szczególnie wulgarny, że wymagał pomocy specjalnego „szyfranta” z obyczajówki. Ale dzięki tym notatkom prokurator wznowił dwa umorzone (z powodu niewykrycia sprawców) dochodzenia w sprawie zabójstw w środowisku homoseksualistów. Jedną z ofiar był Krzysztof W., samotnie mieszkający radca w centrali handlu zagranicznego. Latem 1986 roku znaleziono go nagiego z ręcznikiem kąpielowym na twarzy. Został uduszony. Jak się potem okazało, morderca, nowy kochanek nobliwego radcy, zażądał zbyt wysokiej opłaty za usługę seksualną i zdenerwowany odmową swego partnera, a także jego złośliwymi uwagami na temat szczegółów budowy ciała, zaciągnął mu na szyi pętlę z paska szlafroka. Ślady swej mu na szyi pętlę z paska szlafroka. Ślady swej obecności w mieszkaniu zatarł tak starannie (m.in. zniszczył wiązanie od szlafroka), że gdyby nie poszukiwania zabójcy Tomka Kalinowskiego, nie wpadłby w ręce milicji.
W miarę przesłuchiwania kolejnych świadków z tego specyficznego środowiska funkcjonariusze zorientowali się, że „Niuniuś Kulas” miał pewien talent aktorski. Lokatorzy bloku, w którym mieszkał, zapamiętali go jako pedanta w nieskazitelnie białych adidasach, zawsze starannie omijającego błoto na podwórku. Upodobanie do noszenia białych tiszertów, częstego kąpania się, cenili sobie jego partnerzy seksualni, którzy ukrywając przed światem swoje inklinacje, żądali absolutnej dyskrecji. Takie warunki stawiał m.in. pewien inspektor, zatrudniony w centrali Spółdzielni Spożywców „Społem”.
Kalinowski nie sprzeciwiał się, ale jeszcze tego samego dnia biegł na Centralny poszukać skłonnego mu ulec włóczęgi-żebraka, czy uciekiniera z domu poprawczego. W penetracjach ciemnych zaułków dworca wyglądał już zupełnie inaczej: w krzykliwym, damskim przebraniu, z ostrym makijażem – już z daleka wysyłał sygnały, kogo wypatruje.
Galeria świadków z dna społecznego utwierdziła śledczych w przekonaniu, że zabójcą „Niuniusia Kulasa” mógł być zarówno nobliwy profesor uniwersytetu jak i cuchnący na kilometr bezdomny. Nadal było to szukanie w ciemno. Nie dało też żadnych wyników sprawdzanie osób, które w okresie, gdy doszło do mordu, były na przepustce z więzienia.
***
Po dziewięciu miesiącach bezskutecznego śledztwa prokuratur postanowił je umorzyć. Janina Kalinowska pokwitowała odbiór rzeczy syna. W dokumentacji dowodów rzeczowych pozostał zabezpieczony kuchenny nóż, jako narzędzie zbrodni. Matka została poinformowana, że umorzenie nie oznacza zamknięcia dochodzenia na zawsze – w razie pojawienia się nowych okoliczności zbrodni, śledztwo będzie wznowione. Na razie jednak nie ma żadnych przesłanek, kto mógł zamordować jej syna. Badania daktyloskopijne śladów linii papilarnych na nożu nie pochodzą z palców tych osób, których odbitki służyły jako materiał porównawczy.
Na koniec prokurator pozwolił sobie na wygłoszenie przed rodziną Tomasza Kalinowskiego dłuższego wykładu – daktyloskopia oparta jest na trzech podstawowych zasadach: indywidualności, niezmienności i nieusuwalności. Nie ma zasadniczego znaczenia, kiedy ślady zostały pozostawione. Podstawową sprawą jest prawidłowe ich zabezpieczenie. A o to funkcjonariusze zadbali. Nóż przechowywany jest w folii żelatynowej, posmarowany specjalnie sprowadzonym z zagranicy argentorakiem – środkiem, który w trakcie przechowywania nie zmienia konsystencji.
Słowa przedstawiciela organu ścigania o możliwości wznowienia dochodzenia okazały się prorocze. Dwa lata po śmierci Tomka jego matka została wezwana do prokuratury. Poinformowano ją, że policja (już było po zmianach ustrojowych, organy bezpieczeństwa wróciły do przedwojennej nazwy z czasów II RP) właśnie znalazła zabójcę jej syna. Przez przypadek.
Przyłapano na sprzedaży marihuany pod szkołą 18-letniego mieszkańca Lubuska Roberta Gawlika. Powiedział, że w interes narkotykowy wprowadził go starszy brat Jerzy. W komendzie postanowiono przyjrzeć się bliżej starszemu Gawlikowi. Sprawdzono nazwisko w komputerowej bazie danych. Pojawiło się w kontekście niewyjaśnionego zabójstwa Tomasza Kalinowskiego. Oficer z wydziału dochodzeniowego Komendy w Zielonej Górze pomyślał, że może to być jakiś nowy trop. A jeśli z Jerzym był też Robert? Trzeba go przycisnąć.
Wsadzono młodszego Gawlika do aresztu na 48 godzin. Chłopak był przerażony. Przesłuchujący go funkcjonariusz twierdził, że ma twarde dowody na jego udział w nielegalnym obrocie narkotykami na dużą skalę. Za coś takiego idzie się do mamra na co najmniej dziesięć lat. Jedyne, co może go uratować, to współpraca z policją. Niech szczerze zezna, co się zdarzyło w Warszawie w 1987 roku w mieszkaniu niejakiego Tomasza Kalinowskiego.
Nie wiadomo, jak wyglądało to przesłuchanie i jakich argumentów użył policjant, w każdym razie Robert Gawlik zaczął mówić. Jego wyjaśnienia do protokółu były obszerne, opowiedziane barwnie, z pewną swadą, co nie bardzo pasowało do wykształcenia przesłuchiwanego – niepełna szkoła podstawowa.
Tak, był wtedy w stolicy z bratem. Mieszkali w hotelu robotniczym, a potem w baraku dla stajennych na Służewcu. W wolnym czasie jeździli na Dworzec Centralny, bo on, podobnie jak Jerzy, jest homoseksualistą. Kiedyś w tunelu od strony kolejki podmiejskiej poznali Tomka Kalinowskiego, wziął ich obu do swego domu, kazał mówić do siebie Niuniuś. W tym mieszkaniu Tomek za 20 tysięcy złotych (na stare pieniądze) odbył z nim stosunek. Co działo się potem (on musiał wracać do stajni) wie od brata, który mu się zwierzył pod przysięgą, że nikomu nie powie. Było tak: gdy zostali we dwóch, Niuniuś obiecał Jerzemu, że zapłaci mu nawet dwa razy tyle, jeśli będzie robił wszystko, co on mu każe.
– Brat się zgodził – zeznał Robert Gawlik – bo nie miał ani grosza. Ale po godzinie już nie wytrzymywał, wszystko go bolało, a Tomek nie przestawał, tylko wymyślał coraz to inne ruchy. (Raport zawiera szczegółowy, drastyczny opis homoseksualnego gwałtu.) W końcu powiedział, że zrobią przerwę i wtedy Jerzy zażądał, żeby przynajmniej pokazał, że ma te 40 tysięcy złotych. Wtedy Niuniuś uderzył go w twarz i zaczął się śmiać, że jest frajerem; on może mu dać, ale kanapkę, bo sam też by coś przekąsił. Gdy wrócił z kuchni z bochenkiem chleba, od którego odkrajał kromkę, Jerzy chwycił za ten nóż. Chciał jedynie Kalinowskiemu pogrozić, zmusić do zapłaty. Niestety, tamten zrobił z noża wiatrak i w szamotaninie ostrze wbiło mu się prosto w serce.
W raporcie znalazł się też szczegółowy opis wyglądu mieszkania ofiary, co precyzyjnie odpowiada dokumentacji zdjęciowej, wykonanej w dniu wykrycia morderstwa.
Przesłuchiwany świetnie pamiętał, że brat ukradł z szafy swej ofiary wyraziście żółtą bluzkę, czarne spodnie ze skóry i różową koszulę. Z pustej cukiernicy w serwantce zabrał 10 tysięcy złotych oraz bon PeKaO wartości 20 centów.
Podczas kolejnych przesłuchań Robert Gawlik przyznał się do dwóch innych zabójstw na tle homoseksualnym w Warszawie.
Sukces policji w Zielonej Górze bardzo zaskoczył warszawskiego prokuratora, który zajmował się sprawą zabójstwa Tomasza Kalinowskiego. Ściągnął więc akta śledcze, przesłuchał też w areszsię Ściągnął więc akta śledcze, przesłuchał też w areszsię cie podejrzanego. Odniósł wrażenie – na co potem zebrał dowody – że podejrzany nie był psychicznie zdrowy, a ponadto konfabulował ze strachu przed ponownym biciem na komendzie, co się zdarzyło w dniu jego zatrzymania. Sprawdzono, że w odróżnieniu od swego brata (który miał mocne alibi) nigdy też nie był w Warszawie. Skąd zatem zgodny ze stanem faktycznym opis mieszkania Kalinowskiego i rzeczy z szafy? Jak się okazało, przesłuchiwany zeznawał pod dyktando śledczego, który pragnął za wszelką cenę odnieść sukces.
Ostatecznie Robert Gawlik został uniewinniony z zarzutu popełnienia przestępstwa. Akta sprawy zabójstwa Kalinowskiego spoczęły w warszawskiej prokuraturze na górnej półce i tam pokrywały się kurzem aż do 2008 roku.
Wtedy to w ręce policji wpadł niejaki Janusz Jawor, z zawodu monter, ale trudniący się głównie okradaniem pasażerów na kolei. Został zatrzymany przez funkcjonariuszy, bo w holu Dworca Centralnego wdał się w krwawą bójkę z innymi złodziejaszkami. Rutynowo sporządzono odciski linii papilarnych aresztanta.
W 2008 roku laboratorium kryminalistyczne Komendy Głównej Policji dysponowało elektronicznym systemem AFIS, dzięki któremu w stosunkowo krótkim czasie można było sprawdzić, czy ślad linii papilarnych zachowany na narzędziu zbrodni jest przypisany do osoby, od której kiedykolwiek pobierano odciski palców.
Przeszukiwanie przez komputer bazy systemu AFIS trwało bez przerwy piętnaście godzin! Odpowiedź wskazała na Janusza Jawora jako tego, który zostawił swój ślad na nożu z kuchni Tomasza Kalinowskiego. Jawor przyznał się do zabójstwa. Wyjaśnił, że był przejazdem w Warszawie – na Dworcu Centralnym czekał na nocny pociąg do Szczecina, ulubiony przez „doliniarzy”, bo zwykle był zatłoczony i większość pasażerów spała. W pewnej chwili podszedł do niego ekstrawagancko ubrany facet i zaproponował wypicie alkoholu u niego w domu. On chętnie na to przystał. Kupili po drodze wino, konserwę i bochenek chleba. Gdy weszli do mieszkania, ten mężczyzna o imieniu Tomek kazał mu się rozgościć, nawet proponował kąpiel, a sam poszedł do kuchni przygotować coś do zjedzenia.
W tym czasie Jawor zdejmował w pokoju dżinsy, aby się wykąpać. Wtedy wszedł gospodarz z bochenkiem chleba oraz nożem w ręku i usiłował przewrócić na tapczan swego gościa, czyniąc mu niedwuznaczne propozycje. Jawor bronił się, zasłaniał (nie miał skłonności homoseksualnych), ale tamten był coraz bardziej natarczywy. Przewrócili się na podłogę, gospodarz ręką uzbrojoną w nóż wykonywał zamaszyste ruchy. Jawor próbował uchwycić jego nadgarstek i wtedy ostrze wbiło się między żebra napastującego. Gość po wyciągnięciu noża z ciała ofiary i odrzuceniu za siebie splądrował mieszkanie i uciekł. Wkrótce potem trafił do więzienia, ale za inne przestępstwo. Po dwóch latach wyszedł, znów go zamknęli i tak mu się życie toczyło od wyroku do wyroku.
Na procesie w sprawie zabójstwa Tomasza Kalinowskiego rodzinę ofiary reprezentował tylko jego starszy brat Andrzej – ten, który w roku 1987 studiował handel zagraniczny. Skończył studia, został prezesem dużego przedsiębiorstwa z udziałem kapitału zagranicznego. Poinformował sąd, że rodzice zmarli.
Wobec przyznania się sprawcy i wiarygodnego wyjaśnienia okoliczności zabójstwa, proces szybko zmierzał do wyroku. Prokurator w zasadzie nie miał do Andrzeja Kalinowskiego pytań poza jednym, które zaspokajało wyłącznie jego ciekawość: – Czy to on może zabrał szkolne zdjęcie kolegi Tomasza, które wisiało nad tapczanem?
– Nie – zaprzeczył świadek – ale wiem, że milicja długo szukała tej fotografii z myślą, że doprowadzi do mordercy. W naszej rodzinie też były podejrzenia, że może Kamil miał jakieś powody, aby zabić Tomasza. Ale on siedział wtedy za kratkami. To zdjęcie wypadło zza listwy przy tapicerce, gdy likwidowałem mieszkanie po rodzicach i wyrzucałem stare meble na śmietnik. Prawdopodobnie pinezka na słomiance puściła, gdy Tomek szamotał się z zabójcą. Ale nikogo już to nie interesowało. Spaliłem zdjęcie razem z innymi papierami. Andrzej Kalinowski wyszedł z rozprawy przed ogłoszeniem wyroku, który brzmiał: 10 lat więzienia dla zabójcy – Janusza Jawora. O tym, że sąd orzekł o oddaniu mu przez sprawcę ukradzionych z mieszkania 10 tys. złotych (po denominacji 1 zł) i bonu towarowego wartości 20 centów, już nie usłyszał.
Słowa przedstawiciela organu ścigania o możliwości wznowienia dochodzenia okazały się prorocze. Dwa lata po śmierci Tomka jego matka została wezwana do prokuratury. Poinformowano ją, że policja (już było po zmianach ustrojowych, organy bezpieczeństwa wróciły do przedwojennej nazwy z czasów II RP) właśnie znalazła zabójcę jej syna. Przez przypadek.
Przyłapano na sprzedaży marihuany pod szkołą 18-letniego mieszkańca Lubuska Roberta Gawlika. Powiedział, że w interes narkotykowy wprowadził go starszy brat Jerzy. W komendzie postanowiono przyjrzeć się bliżej starszemu Gawlikowi. Sprawdzono nazwisko w komputerowej bazie danych. Pojawiło się w kontekście niewyjaśnionego zabójstwa Tomasza Kalinowskiego. Oficer z wydziału dochodzeniowego Komendy w Zielonej Górze pomyślał, że może to być jakiś nowy trop. A jeśli z Jerzym był też Robert? Trzeba go przycisnąć.
Wsadzono młodszego Gawlika do aresztu na 48 godzin. Chłopak był przerażony. Przesłuchujący go funkcjonariusz twierdził, że ma twarde dowody na jego udział w nielegalnym obrocie narkotykami na dużą skalę. Za coś takiego idzie się do mamra na co najmniej dziesięć lat. Jedyne, co może go uratować, to współpraca z policją. Niech szczerze zezna, co się zdarzyło w Warszawie w 1987 roku w mieszkaniu niejakiego Tomasza Kalinowskiego.
***
Nie wiadomo, jak wyglądało to przesłuchanie i jakich argumentów użył policjant, w każdym razie Robert Gawlik zaczął mówić. Jego wyjaśnienia do protokółu były obszerne, opowiedziane barwnie, z pewną swadą, co nie bardzo pasowało do wykształcenia przesłuchiwanego – niepełna szkoła podstawowa.
Tak, był wtedy w stolicy z bratem. Mieszkali w hotelu robotniczym, a potem w baraku dla stajennych na Służewcu. W wolnym czasie jeździli na Dworzec Centralny, bo on, podobnie jak Jerzy, jest homoseksualistą. Kiedyś w tunelu od strony kolejki podmiejskiej poznali Tomka Kalinowskiego, wziął ich obu do swego domu, kazał mówić do siebie Niuniuś. W tym mieszkaniu Tomek za 20 tysięcy złotych (na stare pieniądze) odbył z nim stosunek. Co działo się potem (on musiał wracać do stajni) wie od brata, który mu się zwierzył pod przysięgą, że nikomu nie powie. Było tak: gdy zostali we dwóch, Niuniuś obiecał Jerzemu, że zapłaci mu nawet dwa razy tyle, jeśli będzie robił wszystko, co on mu każe.
– Brat się zgodził – zeznał Robert Gawlik – bo nie miał ani grosza. Ale po godzinie już nie wytrzymywał, wszystko go bolało, a Tomek nie przestawał, tylko wymyślał coraz to inne ruchy. (Raport zawiera szczegółowy, drastyczny opis homoseksualnego gwałtu.) W końcu powiedział, że zrobią przerwę i wtedy Jerzy zażądał, żeby przynajmniej pokazał, że ma te 40 tysięcy złotych. Wtedy Niuniuś uderzył go w twarz i zaczął się śmiać, że jest frajerem; on może mu dać, ale kanapkę, bo sam też by coś przekąsił. Gdy wrócił z kuchni z bochenkiem chleba, od którego odkrajał kromkę, Jerzy chwycił za ten nóż. Chciał jedynie Kalinowskiemu pogrozić, zmusić do zapłaty. Niestety, tamten zrobił z noża wiatrak i w szamotaninie ostrze wbiło mu się prosto w serce.
W raporcie znalazł się też szczegółowy opis wyglądu mieszkania ofiary, co precyzyjnie odpowiada dokumentacji zdjęciowej, wykonanej w dniu wykrycia morderstwa. Przesłuchiwany świetnie pamiętał, że brat ukradł z szafy swej ofiary wyraziście żółtą bluzkę, czarne spodnie ze skóry i różową koszulę. Z pustej cukiernicy w serwantce zabrał 10 tysięcy złotych oraz bon PeKaO wartości 20 centów.
Podczas kolejnych przesłuchań Robert Gawlik przyznał się do dwóch innych zabójstw na tle homoseksualnym w Warszawie.
Sukces policji w Zielonej Górze bardzo zaskoczył warszawskiego prokuratora, który zajmował się sprawą zabójstwa Tomasza Kalinowskiego. Ściągnął więc akta śledcze, przesłuchał też w areszsię Ściągnął więc akta śledcze, przesłuchał też w areszsię cie podejrzanego. Odniósł wrażenie – na co potem zebrał dowody – że podejrzany nie był psychicznie zdrowy, a ponadto konfabulował ze strachu przed ponownym biciem na komendzie, co się zdarzyło w dniu jego zatrzymania. Sprawdzono, że w odróżnieniu od swego brata (który miał mocne alibi) nigdy też nie był w Warszawie. Skąd zatem zgodny ze stanem faktycznym opis mieszkania Kalinowskiego i rzeczy z szafy? Jak się okazało, przesłuchiwany zeznawał pod dyktando śledczego, który pragnął za wszelką cenę odnieść sukces.
Ostatecznie Robert Gawlik został uniewinniony z zarzutu popełnienia przestępstwa. Akta sprawy zabójstwa Kalinowskiego spoczęły w warszawskiej prokuraturze na górnej półce i tam pokrywały się kurzem aż do 2008 roku. ***
Wtedy to w ręce policji wpadł niejaki Janusz Jawor, z zawodu monter, ale trudniący się głównie okradaniem pasażerów na kolei. Został zatrzymany przez funkcjonariuszy, bo w holu Dworca Centralnego wdał się w krwawą bójkę z innymi złodziejaszkami. Rutynowo sporządzono odciski linii papilarnych aresztanta.
W 2008 roku laboratorium kryminalistyczne Komendy Głównej Policji dysponowało elektronicznym systemem AFIS, dzięki któremu w stosunkowo krótkim czasie można było sprawdzić, czy ślad linii papilarnych zachowany na narzędziu zbrodni jest przypisany do osoby, od której kiedykolwiek pobierano odciski palców.
Przeszukiwanie przez komputer bazy systemu AFIS trwało bez przerwy piętnaście godzin! Odpowiedź wskazała na Janusza Jawora jako tego, który zostawił swój ślad na nożu z kuchni Tomasza Kalinowskiego. Jawor przyznał się do zabójstwa. Wyjaśnił, że był przejazdem w Warszawie – na Dworcu Centralnym czekał na nocny pociąg do Szczecina, ulubiony przez „doliniarzy”, bo zwykle był zatłoczony i większość pasażerów spała. W pewnej chwili podszedł do niego ekstrawagancko ubrany facet i zaproponował wypicie alkoholu u niego w domu. On chętnie na to przystał. Kupili po drodze wino, konserwę i bochenek chleba. Gdy weszli do mieszkania, ten mężczyzna o imieniu Tomek kazał mu się rozgościć, nawet proponował kąpiel, a sam poszedł do kuchni przygotować coś do zjedzenia.
W tym czasie Jawor zdejmował w pokoju dżinsy, aby się wykąpać. Wtedy wszedł gospodarz z bochenkiem chleba oraz nożem w ręku i usiłował przewrócić na tapczan swego gościa, czyniąc mu niedwuznaczne propozycje. Jawor bronił się, zasłaniał (nie miał skłonności homoseksualnych), ale tamten był coraz bardziej natarczywy. Przewrócili się na podłogę, gospodarz ręką uzbrojoną w nóż wykonywał zamaszyste ruchy. Jawor próbował uchwycić jego nadgarstek i wtedy ostrze wbiło się między żebra napastującego. Gość po wyciągnięciu noża z ciała ofiary i odrzuceniu za siebie splądrował mieszkanie i uciekł. Wkrótce potem trafił do więzienia, ale za inne przestępstwo. Po dwóch latach wyszedł, znów go zamknęli i tak mu się życie toczyło od wyroku do wyroku.
***
Na procesie w sprawie zabójstwa Tomasza Kalinowskiego rodzinę ofiary reprezentował tylko jego starszy brat Andrzej – ten, który w roku 1987 studiował handel zagraniczny. Skończył studia, został prezesem dużego przedsiębiorstwa z udziałem kapitału zagranicznego. Poinformował sąd, że rodzice zmarli.
Wobec przyznania się sprawcy i wiarygodnego wyjaśnienia okoliczności zabójstwa, proces szybko zmierzał do wyroku. Prokurator w zasadzie nie miał do Andrzeja Kalinowskiego pytań poza jednym, które zaspokajało wyłącznie jego ciekawość: – Czy to on może zabrał szkolne zdjęcie kolegi Tomasza, które wisiało nad tapczanem?
– Nie – zaprzeczył świadek – ale wiem, że milicja długo szukała tej fotografii z myślą, że doprowadzi do mordercy. W naszej rodzinie też były podejrzenia, że może Kamil miał jakieś powody, aby zabić Tomasza. Ale on siedział wtedy za kratkami. To zdjęcie wypadło zza listwy przy tapicerce, gdy likwidowałem mieszkanie po rodzicach i wyrzucałem stare meble na śmietnik. Prawdopodobnie pinezka na słomiance puściła, gdy Tomek szamotał się z zabójcą. Ale nikogo już to nie interesowało. Spaliłem zdjęcie razem z innymi papierami. Andrzej Kalinowski wyszedł z rozprawy przed ogłoszeniem wyroku, który brzmiał: 10 lat więzienia dla zabójcy – Janusza Jawora. O tym, że sąd orzekł o oddaniu mu przez sprawcę ukradzionych z mieszkania 10 tys. złotych (po denominacji 1 zł) i bonu towarowego wartości 20 centów, już nie usłyszał.


