Co prawda, nie był to ani piątek, ani trzynastego, ale owego kwietniowego dnia, los od samego rana wyjątkowo złośliwie prześladował 42-letniego Michała R. i jego żonę, Agatę. Można powiedzieć, że się na nich uwziął.Zaczęło się od tego, że radiobudzik zadzwonił kwadrans później niż powinien. Agata błędnie go poprzedniego wieczoru zaprogramowała. Niby drobiazg, ale Michał w wyniku pośpiechu paskudnie zaciął się przy goleniu. Pokłócił się też z synem, który oświadczył przy śniadaniu, że za żadne skarby świata nie zje zimnych parówek, a w ogóle to nie ma ochoty iść do szkoły, bo
nie odrobił zadania z fizyki.
– Trudno, jak oberwiesz pałę, to się nauczysz obowiązkowości – burknął ojciec i dodał jeszcze, że od dziś począwszy 16-latek ma – aż do odwołania – całkowity szlaban na komputer, wyjścia do kolegów i późne oglądanie telewizji.
– Daj spokój – rzuciła niepewnie Agata, ale przerwał jej, mówiąc, że mogłaby raz stanąć po jego stronie.
– Na wszystko mu pozwalasz, rozpuszczony jest jak dziadowski bicz i masz tego rezultaty –wykrzykiwał coraz bardziej poirytowany. Gdzie u licha podziały się kluczyki do samochodu?! Po parominutowych gorączkowych poszukiwaniach znalazł je w wewnętrznej kieszeni marynarki, ale to w niczym nie poprawiło mu nastroju, gdy pomyślał o gigantycznych korkach, jakie o tej porze są na drogach.
***
W pracy też miał urwanie głowy. Najpierw okazało się, że kontrakt z Włochami na budowę wiat przystankowych w mieście, nad którym ślęczał od wielu tygodni zawiera nieaktualne dane, które należało w trybie pilnym skorygować. Potem uczestniczył w długiej, ale mało owocnej naradzie u dyrektora. Wychodząc z gabinetu szefa czuł się jak górnik wracający do domu po wyjątkowo znojnej pracy. Postanowił już teraz wyjść na lunch i przy okazji trochę odetchnąć. Później czekało go przecież nudne ślęczenie przy komputerze i poprawianie tych cholernych danych.
Ale oczywiście nigdzie nie wyszedł. W pewnym momencie do gabinetu zajrzała pobladła sekretarka.
– Panie kierowniku, przyszli panowie z Urzędu Kontroli Skarbowej... No to klops! Nie poprawi dziś danych i nie ma mowy, żeby wyszedł z biura przed szesnastą. A przecież miał o trzeciej pojechać po Agatę i podrzucić ją do szpitala, gdzie leżała jej siostra. Sięgnął więc po komórkę, żeby uprzedzić, że się spóźni. Agata odebrała z płaczem.
– Co się znów stało? – spytał słabym głosem. To, co się dziś działo, zaczynało być ponad jego siły.
– A nic takiego, normalne biurowe sprawy – siąknęła nosem.
W rzeczywistości w wydawnictwie, w którym pracowała, w związku z kryzysem, miała nastąpić redukcja etatów. Agata dowiedziała się, że niestety, znalazła się na liście osób przewidzianych do zwolnienia.
***
No to na razie, odstawię auto i zaraz jestem – powiedział Michał.
Agata w milczeniu pokiwała głową. Myśli wciąż miała zaprzątnięte redukcją etatów w pracy. Może nie wszystko jeszcze stracone? Może trzeba pogadać z zastępcą naczelnego, który często okazywał jej sympatię i życzliwość. A jeśli to nic nie da – trudno! Świat nie kończy się na jednym wydawnictwie. Są jeszcze inne firmy, potrzebujące księgowych. Dobrze byłoby zadzwonić w najbliższych dniach do Majki, koleżanki ze studiów, pracującej w pośredniaku i poprosić, żeby coś dla niej zarezerwowała.
Zamyślona otworzyła zamki w drzwiach i weszła do mieszkania. Kuba już wrócił ze szkoły, z jego pokoju dobiegało dudnienie głośników komputera. Pewnie znów bębnił w jakąś ogłupiającą grę. Poprosiła, żeby ściszył, ale nawet na nią nie spojrzał. Może Michał ma rację, że za bardzo mu ulega i nie reaguje na ewidentne objawy chamskiego zachowania syna? Powinna nie prosić, ale wejść i wyrwać z kontaktu wtyczkę od tego cholernego komputera, jednak nie miała siły, by walczyć z synem. Nie dziś. Była zmęczona i zrezygnowana.
Ze smutkiem i goryczą skonstatowała, że to przecież nie koniec dzisiejszej mordęgi. Zaraz trzeba będzie szykować spóźniony obiad, potem prać, prasować, sprzątać. Ale jeszcze nie w tej chwili. Usiadła na fotelu, przymknęła oczy i starała się na bodaj 5 minut wyłączyć z życia, o niczym nie myśleć. Bo inaczej zwariuje.
***
Kuba spałaszował dwa kotlety, po czym ubrał się i poszedł do kolegi, z którym miał pouczyć się do jutrzejszej klasówki z chemii. Taki przynajmniej podał powód wyjścia. Agata została sama w domu. Michała wciąż nie było, mimo iż od osiedlowego parkingu do ich bloku było najwyżej 300 – 400 metrów.
Spojrzała na zegarek i zdumiała się. Minęły już prawie 2 godziny, jak się rozstali. Ogarnęła ją złość. Ależ z niego hipokryta! Chrzani Kubie o nieodpowiedzialności, a sam robi dokładnie to samo. Gdzieś ma, że ona tu czeka na niego z gorącym obiadem, nic go nie obchodzi, że może także miała dziś nie najlepszy dzień i chciałaby – jak żona z mężem – pogadać, naradzić się, poszukać pocieszenia u człowieka, z którym od niemal 20 lat dzieli życie.
Domyślała się, gdzie mąż spędził te 2 godziny. Kilka tygodni temu otwarto na osiedlu pijalnię piwa, dumnie nazywaną przez właściciela pubem. W rzeczywistości była to cuchnąca stęchlizną nora, urządzona w pomieszczeniu dawnej pralni chemicznej. Michał w rozmowach z sąsiadami udawał oburzenie, twierdził, że tego rodzaju przybytek burzy spokój mieszkańców osiedla uchodzącego za nobliwe. Jednak nie przeszkadzało mu to, przynajmniej raz w tygodniu, wstąpić do „pubu” na kufelek albo dwa. Był to, jej zdaniem, jeszcze jeden dowód konformizmu i dwulicowości męża.
Zbuntowała się i zdecydowanym ruchem wstawiła mężowski obiad do lodówki. Trudno – niech je zimny albo podgrzewa sobie w mikro falówce. Nie będzie przecież czekać w nieskończoność na powrót pana i władcy.
Nalała sobie kieliszek czerwonego wina, wróciła na fotel, włączyła telewizor. Dopiero teraz poczuła jak uchodzi z niej zmęczenie, jak opuszcza ją – zapewne nie na długo – stres. Śledząc ekranowe perypetie bohaterów jakiegoś serialu ledwie usłyszała chrobot zamka w drzwiach. No nareszcie. Przybrała zaciętą, obrażoną minę i postanowiła nie ruszać się z miejsca.
Ale na widok męża nie tylko poruszyła się, ale niemal podskoczyła z wrażenia. Michał był blady, jakby na klatce schodowej spotkał co najmniej tuzin duchów. Ociekał potem, miał mętny, nieprzytomny wzrok. Było w nim coś strasznego, złowieszczego. Niewątpliwie pił jakiś alkohol, ale powód takiego wyglądu i zachowania musiał być inny.
Jezus Maria! Co się stało? – krzyknęła przerażona, bo w jednej chwili udzielił jej się ten złowieszczy nastrój. Michał chciał udzielić odpowiedzi, ale zdołał jedynie ciężko westchnąć. Dotknęła jego ramienia, lecz szorstko ją od siebie odsunął. Ciągle milcząc, w zabłoconych butach i powalanej kurzem eleganckiej kurtce, wkroczył do pokoju. Opadł na ten sam fotel, na którym przed chwilą jeszcze odpoczywała Agata i ukrył twarz w dłoniach. Ciężko spazmatycznie oddychał, jakby cierpiał na astmę.
Zdezorientowana i coraz bardziej wystraszona podeszła, i nachyliła się nad nim. Z trudem zdusiła w sobie krzyk; spostrzegła bowiem, że widoczna pod kurtką i marynarką biała koszula Michała jest poplamiona jakąś czerwonawą substancją. Czyżby to była krew?!
Zdecydowanie szarpnęła go za rękaw i zażądała:
– Mów natychmiast, co się stało?! Pobili cię, napadli? No gadaj, nie siedź jak mumia, nie widzisz, jak się denerwuję?!
Musnął ją spojrzeniem, jak gdyby dziwiąc się, że tu jest, po czym znów tępo wlepił wzrok w ścianę i milczał. Agata zaczynała tracić cierpliwość.
– Dowiem się wreszcie, o co chodzi?
Wstał, przeszedł się po pokoju, po czym wrócił na miejsce i wreszcie zaczął mówić. W jego oddechu czuć było alkohol.
– To już koniec – zawyrokował zdławionym głosem. – Nie ma przede mną przyszłości. Zabiłem go...
– Co ty pleciesz? Kogo zabiłeś?
– Właściwie nie wiem – wyjąkał. – Ale i tak już po mnie, nie mam po co żyć...
Nagle wstał, zapiął kurtkę i oświadczył, że wychodzi. Osłupiała Agata nawet nie próbowała go zatrzymywać.
Gdy została sama, na przemian robiło się jej zimno i gorąco. W uszach wciąż dźwięczały dziwne, straszne słowa wypowiedziane przez Michała. Co one znaczyły, co takiego mu się przytrafiło?! Może upił się i tylko gada od rzeczy – próbowała znaleźć najbardziej optymistyczne rozwiązanie tej zagadki. Czuć było od niego wódkę, a idąc zataczał się. Taki stan wiele tłumaczył. No ale nie wszystko. Bo czerwona plama na koszuli była faktem, namacalnym dowodem na to, że coś niedobrego się wydarzyło...
Naraz do świadomości odrętwiałej kobiety przeniknął natarczywy odgłos syreny alarmowej. Pogotowie, policja, a może straż pożarna. W pierwszej chwili nie skojarzyła tego z Michałem ani z jego wstrząsającym wyznaniem. Jednakże ostry dźwięk narastał, był coraz bliżej. Dało się słyszeć także stłumione nawoływania, płacz i rozpaczliwy lament.
Postanowiła wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć, co się stało. Zaledwie jednak odchyliła firankę, ludzie stojący przed blokiem wskazali ją palcami, coś przy tym pokrzykując. Odruchowo cofnęła się w głąb mieszkania. Serce mocno jej waliło, nie mogła wysiedzieć w domu. Narzuciła więc płaszcz i wyszła. Przy wejściu do sąsiedniej klatki schodowej stała karetka pogotowia i policyjny radiowóz. Chciała zobaczyć, co się stało, gdy poczuła, że ktoś złapał ją za ramię. Jakiś starszy mężczyzna trzymał ją mocno, krzycząc:
– Tutaj, mam ją. To żona!
Po chwili znalazł się przy niej umundurowany policjant.
– Gdzie jest pani mąż? – jak przez mgłę usłyszała ostre pytanie. Próbowała odpowiedzieć, ale głos nie był w stanie wydobyć się z jej ściśniętego gardła. Policjant powtórzył pytanie. Odparła, że nie wie, gdzie podział się Michał. W domu na pewno go nie ma.
Domyślała się, gdzie mąż spędził te 2 godziny. Kilka tygodni temu otwarto na osiedlu pijalnię piwa, dumnie nazywaną przez właściciela pubem. W rzeczywistości była to cuchnąca stęchlizną nora, urządzona w pomieszczeniu dawnej pralni chemicznej. Michał w rozmowach z sąsiadami udawał oburzenie, twierdził, że tego rodzaju przybytek burzy spokój mieszkańców osiedla uchodzącego za nobliwe. Jednak nie przeszkadzało mu to, przynajmniej raz w tygodniu, wstąpić do „pubu” na kufelek albo dwa. Był to, jej zdaniem, jeszcze jeden dowód konformizmu i dwulicowości męża.
Zbuntowała się i zdecydowanym ruchem wstawiła mężowski obiad do lodówki. Trudno – niech je zimny albo podgrzewa sobie w mikro falówce. Nie będzie przecież czekać w nieskończoność na powrót pana i władcy.
Nalała sobie kieliszek czerwonego wina, wróciła na fotel, włączyła telewizor. Dopiero teraz poczuła jak uchodzi z niej zmęczenie, jak opuszcza ją – zapewne nie na długo – stres. Śledząc ekranowe perypetie bohaterów jakiegoś serialu ledwie usłyszała chrobot zamka w drzwiach. No nareszcie. Przybrała zaciętą, obrażoną minę i postanowiła nie ruszać się z miejsca.
Ale na widok męża nie tylko poruszyła się, ale niemal podskoczyła z wrażenia. Michał był blady, jakby na klatce schodowej spotkał co najmniej tuzin duchów. Ociekał potem, miał mętny, nieprzytomny wzrok. Było w nim coś strasznego, złowieszczego. Niewątpliwie pił jakiś alkohol, ale powód takiego wyglądu i zachowania musiał być inny.
***
Jezus Maria! Co się stało? – krzyknęła przerażona, bo w jednej chwili udzielił jej się ten złowieszczy nastrój. Michał chciał udzielić odpowiedzi, ale zdołał jedynie ciężko westchnąć. Dotknęła jego ramienia, lecz szorstko ją od siebie odsunął. Ciągle milcząc, w zabłoconych butach i powalanej kurzem eleganckiej kurtce, wkroczył do pokoju. Opadł na ten sam fotel, na którym przed chwilą jeszcze odpoczywała Agata i ukrył twarz w dłoniach. Ciężko spazmatycznie oddychał, jakby cierpiał na astmę.
Zdezorientowana i coraz bardziej wystraszona podeszła, i nachyliła się nad nim. Z trudem zdusiła w sobie krzyk; spostrzegła bowiem, że widoczna pod kurtką i marynarką biała koszula Michała jest poplamiona jakąś czerwonawą substancją. Czyżby to była krew?!
Zdecydowanie szarpnęła go za rękaw i zażądała:
– Mów natychmiast, co się stało?! Pobili cię, napadli? No gadaj, nie siedź jak mumia, nie widzisz, jak się denerwuję?!
Musnął ją spojrzeniem, jak gdyby dziwiąc się, że tu jest, po czym znów tępo wlepił wzrok w ścianę i milczał. Agata zaczynała tracić cierpliwość.
– Dowiem się wreszcie, o co chodzi?
Wstał, przeszedł się po pokoju, po czym wrócił na miejsce i wreszcie zaczął mówić. W jego oddechu czuć było alkohol.
– To już koniec – zawyrokował zdławionym głosem. – Nie ma przede mną przyszłości. Zabiłem go...
– Co ty pleciesz? Kogo zabiłeś?
– Właściwie nie wiem – wyjąkał. – Ale i tak już po mnie, nie mam po co żyć...
Nagle wstał, zapiął kurtkę i oświadczył, że wychodzi. Osłupiała Agata nawet nie próbowała go zatrzymywać.
***
Gdy została sama, na przemian robiło się jej zimno i gorąco. W uszach wciąż dźwięczały dziwne, straszne słowa wypowiedziane przez Michała. Co one znaczyły, co takiego mu się przytrafiło?! Może upił się i tylko gada od rzeczy – próbowała znaleźć najbardziej optymistyczne rozwiązanie tej zagadki. Czuć było od niego wódkę, a idąc zataczał się. Taki stan wiele tłumaczył. No ale nie wszystko. Bo czerwona plama na koszuli była faktem, namacalnym dowodem na to, że coś niedobrego się wydarzyło...
Naraz do świadomości odrętwiałej kobiety przeniknął natarczywy odgłos syreny alarmowej. Pogotowie, policja, a może straż pożarna. W pierwszej chwili nie skojarzyła tego z Michałem ani z jego wstrząsającym wyznaniem. Jednakże ostry dźwięk narastał, był coraz bliżej. Dało się słyszeć także stłumione nawoływania, płacz i rozpaczliwy lament.
Postanowiła wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć, co się stało. Zaledwie jednak odchyliła firankę, ludzie stojący przed blokiem wskazali ją palcami, coś przy tym pokrzykując. Odruchowo cofnęła się w głąb mieszkania. Serce mocno jej waliło, nie mogła wysiedzieć w domu. Narzuciła więc płaszcz i wyszła. Przy wejściu do sąsiedniej klatki schodowej stała karetka pogotowia i policyjny radiowóz. Chciała zobaczyć, co się stało, gdy poczuła, że ktoś złapał ją za ramię. Jakiś starszy mężczyzna trzymał ją mocno, krzycząc:
– Tutaj, mam ją. To żona!
Po chwili znalazł się przy niej umundurowany policjant.
– Gdzie jest pani mąż? – jak przez mgłę usłyszała ostre pytanie. Próbowała odpowiedzieć, ale głos nie był w stanie wydobyć się z jej ściśniętego gardła. Policjant powtórzył pytanie. Odparła, że nie wie, gdzie podział się Michał. W domu na pewno go nie ma.
– Musimy to sprawdzić, proszę z nami – powiedział funkcjonariusz.
W asyście dwóch policjantów wróciła do domu, otworzyła drzwi i umożliwiła pobieżne przeszukanie mieszkania.
– Powiedziała prawdę – rzucił przez krótkofalówkę jeden z funkcjonariuszy. – Nie ma go tutaj.
Żądała, by powiedziano jej, co się stało. Pytała dlaczego policja szuka Michała, ale mundurowi byli bardzo powściągliwi w słowach, odpowiadali tylko, że w swoim czasie wszystkiego się dowie. Dopiero z ust ubranego po cywilnemu komisarza, któremu podczas przesłuchania opowiedziała o dziwnym zachowaniu męża i jego wstrząsającym wyznaniu, usłyszała straszną prawdę. Michał zabił sąsiada, którego prawie nie znał. Nie wiadomo czy mężczyźni kiedykolwiek zamienili ze sobą choć dwa słowa.
Tak jak Agata podejrzewała, Michał po odstawieniu samochodu na parking udał się do pijalni piwa. Widziało go tam kilka osób, między innymi właściciel „pubu”, Maksymilian A. Według jego zeznania Michał przyszedł napić się piwa, będąc w bardzo złym nastroju. Był niespokojny, aż kipiał wściekłością i najwyraźniej chciał się na kimś wyładować.
– Próbował na mnie – powiedział policji Maksymilian A. – Zapłacił za piwo banknotem stuzłotowym. Ponieważ zauważyłem, że ma w portfelu drobne pieniądze, bardzo grzecznie o nie poprosiłem. Żeby panowie wiedzieli, jak na mnie naskoczył! Warknął, że mam mu wydać z setki i już, nie obchodzi go, w jaki sposób to zrobię. A po portfel nie będzie znowu sięgał, bo mu się nie chce. W zasadzie – dodał właściciel pijalni – racja była po jego stronie, ale nie musiał się tak ciskać. A wyglądał na takiego zrównoważonego i kulturalnego faceta. Jak to pozory mylą... W mgnieniu oka, prawie jednym długim haustem opróżnił kufel i, zaraz zamówił następny i, potem jeszcze jeden. W sumie wypił więc trzy piwa. Wypalił ze dwa papierosy. W barze nie zabawił dłużej niż 20 – 25 minut. Z nikim nie rozmawiał, pił w milczeniu z miną srogą i nieprzystępną.
Dalszy przebieg tragedii został oparty na relacji Lucyny S., żony człowieka, któremu Michał R. zadał śmiertelny cios nożem służącym do oprawiania ryb. 51-letni Zbigniew S., ostatnio rencista, był w przeszłości nauczycielem wychowania fizycznego w jednym z gimnazjów w Z. Chociaż S. mieszkali zaledwie dwie klatki schodowe od R., to nie znali bliżej tej rodziny. Nigdy nie mieli z nimi żadnych zatargów.
Lucyna S. kąpała się, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzył mąż. Słyszała, jak rozmawiał z jakimś mężczyzną, coś starał się mu wytłumaczyć, a tamten coraz bardziej podnosił głos. Chyba był mocno wstawiony. – No to chodź pan – mówił do Zbigniewa S. – Musimy wyjść i tę sprawę wyjaśnić. Najlepiej teraz zaraz. No co, tchórz pana obleciał?
– Wyszłam z wanny, opatuliłam się ręcznikiem kąpielowym i wyjrzałam z łazienki
– relacjonowała Lucyna S. – Zobaczyłam obcego mężczyznę. To znaczy, wiedziałam, że mieszka kilka klatek schodowych dalej, ale nie wiedziałam kto to i czego chce od Zbyszka. Coraz bardziej natrętnie namawiał go, żeby gdzieś wyszedł razem z nim, a im mąż dłużej odmawiał, tłumacząc, że go nie zna i że zapewne z kimś go pomylił, tamten stawał się coraz bardziej niespokojny, agresywny wręcz.
Zbigniew S. rzucił do żony, że wszystko w porządku i że sobie poradzi. Obcego mężczyznę ta uwaga doprowadziła nieoczekiwanie do białej gorączki. Mocno naparł ciałem na drzwi i wdarł się do mieszkania. Gospodarz próbował go wypchnąć, ale schorowany, po niedawno przebytym zawale serca, nie był w stanie przeciwstawić się sporo młodszemu mężczyźnie, któremu wypity alkohol najwyraźniej dodatkowo dodawał animuszu.
Lucyna S. zauważyła w pewnym momencie, że w dłoni intruza błysnął nóż, który wyszarpnął z kieszeni kurtki. Krzyknęła ostrzegawczo do męża i ruszyła mu z pomocą, ale nie zdążyła. Obcy mężczyzna z rozmachem zadał Zbigniewowi S. silny cios w lewą część klatki piersiowej.
– Dopiero, gdy zobaczył, że Zbyszek upadł i zalał się krwią, jakby oprzytomniał – zeznawała kobieta. – Spojrzał na mnie, chciał chyba coś powiedzieć, ale tylko poruszył ustami. Pochylił się nad Zbyszkiem, chyba dotknął rany. A potem uciekł. Słyszałam, jak biegł po schodach.
Próbowała ratować męża, ale on już tylko rzęził. Opanowawszy pierwszy szok zadzwoniła po karetkę pogotowia i policję. Niestety, lekarz mógł już tylko stwierdzić zgon Zbigniewa S. Ostrze noża przebiło aortę.
Michał R. został zatrzymany nazajutrz o świcie. Mieszkańcy osiedla na peryferiach miasta zwrócili uwagę na mężczyznę w zakrwawionej koszuli, kręcącego się po bramach i wezwali policję.
Prokuratura oskarżyła go o popełnienie zabójstwa, decyzją sądu został aresztowany. Michał R. przyznał się do zarzucanego czynu, jednakże podczas przesłuchań utrzymywał, że nie wie, dlaczego zabił sąsiada.
Od rana był zdenerwowany, a jego zły nastrój podgrzewały pechowe zdarzenia, które tego dnia mu się przydarzyły. Spóźniony budzik, zadrapanie przy goleniu, kłótnia z synem i żoną, następnie stres w pracy. Kiedy wreszcie odstawił auto na parking, czuł, że eksploduje i dlatego postanowił przepłukać gardło piwem.
Najwyraźniej nie był to jego dzień, jeśli chodzi o tolerancję na alkohol. Zaszumiało mu w głowie już po pierwszym opróżnionym kuflu. W żaden sposób jednak się nie uspokoił i dlatego kontynuował picie. Pierwszego zaćmienia umysłu doznał jeszcze w pubie – po prostu nie pamiętał, w jaki sposób opuścił lokal. Oprzytomniał na ulicy, w pobliżu osiedlowego marketu. Niewiele myśląc, wszedł i kupił ćwiartkę wódki. Wrócił na parking. Siedząc w samochodzie i pociągając małymi łykami alkohol z butelki zwrócił uwagę na czerwonego Fiata Bravo zaparkowanego kilka metrów dalej.
Przypomniał sobie naraz, że właściciel tego samochodu, kiedyś niechcący potrącił jego wóz przy wyjeździe z parkingu. To się zdarzyło trzy, może nawet cztery lata temu. Pomiędzy kierowcami doszło do krótkiej przepychanki słownej, aczkolwiek oba auta posiadały ważne ubezpieczenie, więc nikt nie stracił.
– Poczułem nagle wielką złość do tego człowieka, przypomniałem sobie wszystkie jego cierpkie uwagi pod moim adresem, a przecież to on spowodował stłuczkę, a nie ja – wyjaśniał w śledztwie Michał R . – Nawet nie powiedział głupiego „przepraszam” i jeszcze miał do mnie pretensję, że zastawiłem wjazd, co było bzdurą, bo zaparkowałem dokładnie na moim wyznaczonym miejscu.
Postanowił się z nim rozprawić. Teraz, zaraz. Był to tak silny imperatyw, że czym prędzej dopił wódkę i wyciągnął z bagażnika długi nóż służący do oprawiania ryb, który został w samochodzie po ostatniej wędkarskiej wyprawie.
Nie wiadomo czemu był przekonany, że właściciel Fiata Bravo mieszka w tym samym bloku co on, dwie klatki obok – w rzeczywistości mieszkał nieco dalej. Michał dostał się do bloku, dzwoniąc do pierwszego z brzegu domofonu. Wszedł na drugie piętro – chyba dlatego, że sam mieszkał na drugim. Nacisnął guzik dzwonka przy drzwiach znajdujących się na wprost schodów, bo te były najbardziej widoczne. Otworzył mężczyzna w średnim wieku i szorstko spytał go, czego chce.
– Od tego momentu niczego nie pamiętam. Widzę jak przez mgłę, że tamten człowiek się przewraca i krwawi. Chyba wróciłem do domu, rozmawiałem z żoną, ale nie jestem tego w stu procentach pewien – opowiadał o okolicznościach śmiertelnego zranienia Zbigniewa S.
Przez całą noc błąkał się po mieście. Miał wrażenie, że zrobił coś strasznego, wciąż widział tego upadającego człowieka i krew. Starał się powiązać strzępy tych wspomnień, ale nie był w stanie w pełni odtworzyć przebiegu zdarzenia.
– Zdawałem sobie sprawę, że mogłem kogoś skrzywdzić, nawet zabić – mówił. – Być może, gdyby nie zatrzymała mnie policja, wszystko bym sobie przypomniał i nie wiem co bym w takiej sytuacji zrobił...
Zdaniem biegłych psychiatrów Michał R. w chwili popełnienia zabójstwa znajdował się w stanie upojenia patologicznego, na które wpływ mogły mieć takie czynniki jak: stres, przemęczenie, niska tolerancja na alkohol. Sąd Okręgowy w Z. tylko częściowo podzielił opinię lekarzy, nie znajdując podstaw, by całkowicie zwolnić oskarżonego od odpowiedzialności karnej za czyn, którego był sprawcą. W rezultacie Michał R. został skazany na 6 lat więzienia. Wyrok jest prawomocny.
Jerzy Blaszyński
W asyście dwóch policjantów wróciła do domu, otworzyła drzwi i umożliwiła pobieżne przeszukanie mieszkania.
– Powiedziała prawdę – rzucił przez krótkofalówkę jeden z funkcjonariuszy. – Nie ma go tutaj.
***
Żądała, by powiedziano jej, co się stało. Pytała dlaczego policja szuka Michała, ale mundurowi byli bardzo powściągliwi w słowach, odpowiadali tylko, że w swoim czasie wszystkiego się dowie. Dopiero z ust ubranego po cywilnemu komisarza, któremu podczas przesłuchania opowiedziała o dziwnym zachowaniu męża i jego wstrząsającym wyznaniu, usłyszała straszną prawdę. Michał zabił sąsiada, którego prawie nie znał. Nie wiadomo czy mężczyźni kiedykolwiek zamienili ze sobą choć dwa słowa.
Tak jak Agata podejrzewała, Michał po odstawieniu samochodu na parking udał się do pijalni piwa. Widziało go tam kilka osób, między innymi właściciel „pubu”, Maksymilian A. Według jego zeznania Michał przyszedł napić się piwa, będąc w bardzo złym nastroju. Był niespokojny, aż kipiał wściekłością i najwyraźniej chciał się na kimś wyładować.
– Próbował na mnie – powiedział policji Maksymilian A. – Zapłacił za piwo banknotem stuzłotowym. Ponieważ zauważyłem, że ma w portfelu drobne pieniądze, bardzo grzecznie o nie poprosiłem. Żeby panowie wiedzieli, jak na mnie naskoczył! Warknął, że mam mu wydać z setki i już, nie obchodzi go, w jaki sposób to zrobię. A po portfel nie będzie znowu sięgał, bo mu się nie chce. W zasadzie – dodał właściciel pijalni – racja była po jego stronie, ale nie musiał się tak ciskać. A wyglądał na takiego zrównoważonego i kulturalnego faceta. Jak to pozory mylą... W mgnieniu oka, prawie jednym długim haustem opróżnił kufel i, zaraz zamówił następny i, potem jeszcze jeden. W sumie wypił więc trzy piwa. Wypalił ze dwa papierosy. W barze nie zabawił dłużej niż 20 – 25 minut. Z nikim nie rozmawiał, pił w milczeniu z miną srogą i nieprzystępną.
***
Dalszy przebieg tragedii został oparty na relacji Lucyny S., żony człowieka, któremu Michał R. zadał śmiertelny cios nożem służącym do oprawiania ryb. 51-letni Zbigniew S., ostatnio rencista, był w przeszłości nauczycielem wychowania fizycznego w jednym z gimnazjów w Z. Chociaż S. mieszkali zaledwie dwie klatki schodowe od R., to nie znali bliżej tej rodziny. Nigdy nie mieli z nimi żadnych zatargów.
Lucyna S. kąpała się, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzył mąż. Słyszała, jak rozmawiał z jakimś mężczyzną, coś starał się mu wytłumaczyć, a tamten coraz bardziej podnosił głos. Chyba był mocno wstawiony. – No to chodź pan – mówił do Zbigniewa S. – Musimy wyjść i tę sprawę wyjaśnić. Najlepiej teraz zaraz. No co, tchórz pana obleciał?
– Wyszłam z wanny, opatuliłam się ręcznikiem kąpielowym i wyjrzałam z łazienki
– relacjonowała Lucyna S. – Zobaczyłam obcego mężczyznę. To znaczy, wiedziałam, że mieszka kilka klatek schodowych dalej, ale nie wiedziałam kto to i czego chce od Zbyszka. Coraz bardziej natrętnie namawiał go, żeby gdzieś wyszedł razem z nim, a im mąż dłużej odmawiał, tłumacząc, że go nie zna i że zapewne z kimś go pomylił, tamten stawał się coraz bardziej niespokojny, agresywny wręcz.Zbigniew S. rzucił do żony, że wszystko w porządku i że sobie poradzi. Obcego mężczyznę ta uwaga doprowadziła nieoczekiwanie do białej gorączki. Mocno naparł ciałem na drzwi i wdarł się do mieszkania. Gospodarz próbował go wypchnąć, ale schorowany, po niedawno przebytym zawale serca, nie był w stanie przeciwstawić się sporo młodszemu mężczyźnie, któremu wypity alkohol najwyraźniej dodatkowo dodawał animuszu.
Lucyna S. zauważyła w pewnym momencie, że w dłoni intruza błysnął nóż, który wyszarpnął z kieszeni kurtki. Krzyknęła ostrzegawczo do męża i ruszyła mu z pomocą, ale nie zdążyła. Obcy mężczyzna z rozmachem zadał Zbigniewowi S. silny cios w lewą część klatki piersiowej.
– Dopiero, gdy zobaczył, że Zbyszek upadł i zalał się krwią, jakby oprzytomniał – zeznawała kobieta. – Spojrzał na mnie, chciał chyba coś powiedzieć, ale tylko poruszył ustami. Pochylił się nad Zbyszkiem, chyba dotknął rany. A potem uciekł. Słyszałam, jak biegł po schodach.
Próbowała ratować męża, ale on już tylko rzęził. Opanowawszy pierwszy szok zadzwoniła po karetkę pogotowia i policję. Niestety, lekarz mógł już tylko stwierdzić zgon Zbigniewa S. Ostrze noża przebiło aortę.
***
Michał R. został zatrzymany nazajutrz o świcie. Mieszkańcy osiedla na peryferiach miasta zwrócili uwagę na mężczyznę w zakrwawionej koszuli, kręcącego się po bramach i wezwali policję.
Prokuratura oskarżyła go o popełnienie zabójstwa, decyzją sądu został aresztowany. Michał R. przyznał się do zarzucanego czynu, jednakże podczas przesłuchań utrzymywał, że nie wie, dlaczego zabił sąsiada.
Od rana był zdenerwowany, a jego zły nastrój podgrzewały pechowe zdarzenia, które tego dnia mu się przydarzyły. Spóźniony budzik, zadrapanie przy goleniu, kłótnia z synem i żoną, następnie stres w pracy. Kiedy wreszcie odstawił auto na parking, czuł, że eksploduje i dlatego postanowił przepłukać gardło piwem.
Najwyraźniej nie był to jego dzień, jeśli chodzi o tolerancję na alkohol. Zaszumiało mu w głowie już po pierwszym opróżnionym kuflu. W żaden sposób jednak się nie uspokoił i dlatego kontynuował picie. Pierwszego zaćmienia umysłu doznał jeszcze w pubie – po prostu nie pamiętał, w jaki sposób opuścił lokal. Oprzytomniał na ulicy, w pobliżu osiedlowego marketu. Niewiele myśląc, wszedł i kupił ćwiartkę wódki. Wrócił na parking. Siedząc w samochodzie i pociągając małymi łykami alkohol z butelki zwrócił uwagę na czerwonego Fiata Bravo zaparkowanego kilka metrów dalej.
Przypomniał sobie naraz, że właściciel tego samochodu, kiedyś niechcący potrącił jego wóz przy wyjeździe z parkingu. To się zdarzyło trzy, może nawet cztery lata temu. Pomiędzy kierowcami doszło do krótkiej przepychanki słownej, aczkolwiek oba auta posiadały ważne ubezpieczenie, więc nikt nie stracił.
– Poczułem nagle wielką złość do tego człowieka, przypomniałem sobie wszystkie jego cierpkie uwagi pod moim adresem, a przecież to on spowodował stłuczkę, a nie ja – wyjaśniał w śledztwie Michał R . – Nawet nie powiedział głupiego „przepraszam” i jeszcze miał do mnie pretensję, że zastawiłem wjazd, co było bzdurą, bo zaparkowałem dokładnie na moim wyznaczonym miejscu.
***
Postanowił się z nim rozprawić. Teraz, zaraz. Był to tak silny imperatyw, że czym prędzej dopił wódkę i wyciągnął z bagażnika długi nóż służący do oprawiania ryb, który został w samochodzie po ostatniej wędkarskiej wyprawie.
Nie wiadomo czemu był przekonany, że właściciel Fiata Bravo mieszka w tym samym bloku co on, dwie klatki obok – w rzeczywistości mieszkał nieco dalej. Michał dostał się do bloku, dzwoniąc do pierwszego z brzegu domofonu. Wszedł na drugie piętro – chyba dlatego, że sam mieszkał na drugim. Nacisnął guzik dzwonka przy drzwiach znajdujących się na wprost schodów, bo te były najbardziej widoczne. Otworzył mężczyzna w średnim wieku i szorstko spytał go, czego chce.
– Od tego momentu niczego nie pamiętam. Widzę jak przez mgłę, że tamten człowiek się przewraca i krwawi. Chyba wróciłem do domu, rozmawiałem z żoną, ale nie jestem tego w stu procentach pewien – opowiadał o okolicznościach śmiertelnego zranienia Zbigniewa S.
Przez całą noc błąkał się po mieście. Miał wrażenie, że zrobił coś strasznego, wciąż widział tego upadającego człowieka i krew. Starał się powiązać strzępy tych wspomnień, ale nie był w stanie w pełni odtworzyć przebiegu zdarzenia.
– Zdawałem sobie sprawę, że mogłem kogoś skrzywdzić, nawet zabić – mówił. – Być może, gdyby nie zatrzymała mnie policja, wszystko bym sobie przypomniał i nie wiem co bym w takiej sytuacji zrobił...
Zdaniem biegłych psychiatrów Michał R. w chwili popełnienia zabójstwa znajdował się w stanie upojenia patologicznego, na które wpływ mogły mieć takie czynniki jak: stres, przemęczenie, niska tolerancja na alkohol. Sąd Okręgowy w Z. tylko częściowo podzielił opinię lekarzy, nie znajdując podstaw, by całkowicie zwolnić oskarżonego od odpowiedzialności karnej za czyn, którego był sprawcą. W rezultacie Michał R. został skazany na 6 lat więzienia. Wyrok jest prawomocny.
Jerzy Blaszyński
Zmieniono wszystkie personalia i niektóre szczegóły.


