Volkswagena Transportera skradzionego kilka miesięcy temu w Niemczech odzyskali stołeczni policjanci. Mężczyzna, u którego znaleziono auto twierdzi, że pojazd nabył przy granicy niemieckiej za 30 000 euro. Po sprawdzeniu w Systemie Informacyjnym Schengen (SIS) okazało się, że auto jest kradzione. To już kolejne odzyskane auto w ostatnim czasie dzięki pozytywnemu sprawdzeniu w Systemie Informacyjnym Schengen. Zaledwie kilka dni wcześniej, policjanci z Pruszkowa w ten właśnie sposób trafili na ślad Mercedesa skradzionego w lutym ubiegłego roku w Hiszpanii, zaś policjanci z Ochoty na ślad BMW skradzionego w Niemczech. Tym razem funkcjonariusze z wydziału do walki z przestępczością samochodową stołecznej policji otrzymali informację, z której wynikało, że pewien mieszkaniec podwarszawskiej Kobyłki zakupił i zarejestrował ostatnio VW Transportera i, że pochodzi on prawdopodobnie z kradzieży. Policjanci natychmiast udali się do domu mężczyzny. 55-letni właściciel zapewniał mundurowych, że auto nabył przy granicy z Niemcami, za kwotę 30 tys. euro, a ofertę sprzedaży znalazł w internecie. Transportera zabezpieczono natychmiast na policyjnym parkingu, zaś mężczyzna został zatrzymany. Szybko okazało się, że auto zostało skradzione w Niemczech w czasie snu właścicieli wraz ze wszystkimi dokumentami i kluczykami. 55-latek najprawdopodobniej odpowie za paserstwo. Grozi mu do 5 lat pozbawienia wolności. (www.policja.pl).
W połowie stycznia br. około godziny 19:30, oficer dyżurny Komendy Policji w Szczytnie otrzymał informację o awanturze w jednym z bloków. Bez zwłoki na miejsce zostali skierowani policjanci. Wchodząc do mieszkania funkcjonariusze wyczuli silny zapach gazu. Natychmiast skierowali się do kuchni, gdzie z odkręconych kurków ulatniał się gaz. Policjanci pozakręcali zawory, pootwierali wszystkie okna aby wywietrzyć mieszkanie. W jednym z pokoi spała kobieta. Po przebudzeniu, nie była w stanie wyjaśnić policjantom, dlaczego odkręciła kurki w kuchence gazowej. Niewiasta została zatrzymana w policyjnej celi. W chwili zdarzenia 37-latka była nietrzeźwa. Sąd Rejonowy w Szczytnie zastosował wobec niej dwa miesiące aresztu, ponieważ uznał, że jest podejrzana o sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia mieszkańców swojego bloku. Grozi jej kara do 8 lat pozbawienia wolności. (www.policja.pl).
Gregoris Gregoriu, 28-letni Grek był sądzony przez sąd w Paphos na Cyprze za napad na bank i rabunek pieniędzy o wartości 23 tys. dolarów. Kiedy usłyszał wyrok skazujący go na dziesięć lat więzienia, błyskawiczne poderwał się z ławy oskarżonych, jednym susem przeskoczył barierkę i zaatakował... prokuratora oskarżającego go w tym procesie. Nim stróże prawa zdążyli zareagować, skazany zdążył tak dotkliwie pobić sługę Temidy, że ten w rezultacie wylądował w szpitalu. W efekcie krewki Grek stanął przed sądem po raz drugi, tym razem jednak odseparowany od prokuratora i składu sądzącego szybą pancerną. Wybryk skazanego został potraktowany surowo, i w rezultacie sąd „dorzucił” mu do odsiadki jeszcze trzy lata i trzy miesiące.
Wrocławscy strażnicy miejscy zatrzymali w sklepie spożywczym złodzieja, który w tej placówce handlowej ukradł chleb i bułki. Sprawca był kompletnie pijany, ale mimo to zdawał sobie sprawę, że strażnicy najpierw zawiozą go do izby wytrzeźwień, a tam pracownicy „żłobka” zabiorą mu cały jego „majątek” na poczet słonej opłaty za nocleg. Żeby ratować swą „fortunę” w gotówce, która wynosiła 8 zł (słownie: osiem zł) i składała się z trzech monet, bez namysłu połknął je po kolei, zagryzł bułką i już spokojniejszy oddał się w ręce stróżów prawa. Wiedział, że dzięki temu zabiegowi nikt mu już jego majątku nie zasekwestruje. Zaniepokojeni stanem zdrowia pożeracza pieniędzy, strażnicy miejscy najpierw zawieźli go do szpitala, gdzie lekarz po zbadaniu delikwenta stwierdził, że nic mu nie grozi, a monety na drugi dzień same wyjdą... Po tej diagnozie, sprawcę zawieziono do „żłobka”, gdzie jak mniemamy, chyba powstrzymano się od zaaplikowania mu szybko działającego środka przeczyszczającego. Niech mu będzie na zdrowie!
Dochodziła godzina dziesiąta rano, gdy do pracownika warszawskiej firmy mieszczącej się przy ulicy Gwiaździstej zadzwonił mężczyzna, który oświadczył, że w budynku podłożona jest bomba. Rozmówca po chwili rozłączył się. Na nogi zostali natychmiast postawieni bielańscy policjanci, którzy w ciągu kilku minut zjawili się na miejscu. W gotowości były też pozostałe służby ratunkowe. Policyjni pirotechnicy, metr po metrze, przeszukali cały budynek, nie odnaleźli jednak ładunku wybuchowego. Pies tropiący również nie wyczuł żadnych zapachów materiałów wybuchowych. Był to fałszywy alarm. Pozostało jeszcze odnaleźć autora głupiego żartu. Policjanci przez kilka tygodni skrupulatnie zbierali informacje i analizowali zebrany materiał. Jak się okazało, z fałszywą informacją o podłożonym ładunku wybuchowym zadzwonił 13-letni Tomek. Chłopiec, który nudził się w domu, zadzwonił z telefonu należącego do jego mamy. Nieodpowiedzialny smarkacz teraz poniesie konsekwencje swojego bezmyślnego zachowania. Kosztami akcji ratunkowej zostaną prawdopodobnie obciążeni jego rodzice. Zebrane materiały policyjne zostały przekazane do sądu rodzinnego i nieletnich, który podejmie decyzję w sprawie tego małolata. (www.policja.pl).
Sąd Okręgowy w Cleveland (USA) nie mógł skompletować ławy przysięgłych do rozpoczynających się po południu kilku spraw sądowych, ze względu na brak ochotników. Sędzia zwrócił się o pomoc do miejscowego szeryfa, który rozwiązał problem w iście kowbojski sposób. Wraz z kilkoma funkcjonariuszami udał się do najbliższego supermarketu, gdzie przez megafon wezwał kupujących tam klientów do spełnienia obywatelskiego obowiązku. Nim klienci zorientowali się o co chodzi, funkcjonariusze policji wręczyli kilkudziesięciu osobom wezwania do sądu w charakterze członka ławy przysięgłych. Niektórzy „mianowani” w ten sposób ławnicy, mieli zaledwie pół godziny do chwili rozpoczęcia pierwszej rozprawy. Obywatele USA nie mogą odmówić zasiadania w ławie przysięgłych, chyba że sąd lub strony procesu nie wyrażą na to zgody. Praca ławnika traktowana jest tam jako zaszczytny obywatelski obowiązek.
W 1692 roku, w dzisiejszym stanie Massachusetts, w miasteczku Salem odbył się proces czarownic, którego efektem było powieszenie dwudziestu kobiet. Nieszczęsnym niewiastom jakoby udowodniono praktykowanie czarów i związki z diabłem. Nie tak dawno Kongregacja kościoła, którego nazwę litościwie przemilczymy, postanowiła zrehabilitować dwie spośród skazanych 317 lat temu niewiast. Dlaczego akurat tylko dwie? Tego nie wiemy. Faktem jest, że dusze pań: R. Nurse i G. Corey będą mogły wrócić na łono wspomnianego kościoła, gdyż nałożona ówcześnie klątwa została uchylona. W posiedzeniu Kongregacji, której członkowie uchwalili tak niezwykle „humanitarną” decyzję, brali udział potomkowie dwóch zrehabilitowanych kobiet.
Na podwójnym gazie
W połowie stycznia br. około godziny 19:30, oficer dyżurny Komendy Policji w Szczytnie otrzymał informację o awanturze w jednym z bloków. Bez zwłoki na miejsce zostali skierowani policjanci. Wchodząc do mieszkania funkcjonariusze wyczuli silny zapach gazu. Natychmiast skierowali się do kuchni, gdzie z odkręconych kurków ulatniał się gaz. Policjanci pozakręcali zawory, pootwierali wszystkie okna aby wywietrzyć mieszkanie. W jednym z pokoi spała kobieta. Po przebudzeniu, nie była w stanie wyjaśnić policjantom, dlaczego odkręciła kurki w kuchence gazowej. Niewiasta została zatrzymana w policyjnej celi. W chwili zdarzenia 37-latka była nietrzeźwa. Sąd Rejonowy w Szczytnie zastosował wobec niej dwa miesiące aresztu, ponieważ uznał, że jest podejrzana o sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia mieszkańców swojego bloku. Grozi jej kara do 8 lat pozbawienia wolności. (www.policja.pl).
Zemsta za wyrok
Gregoris Gregoriu, 28-letni Grek był sądzony przez sąd w Paphos na Cyprze za napad na bank i rabunek pieniędzy o wartości 23 tys. dolarów. Kiedy usłyszał wyrok skazujący go na dziesięć lat więzienia, błyskawiczne poderwał się z ławy oskarżonych, jednym susem przeskoczył barierkę i zaatakował... prokuratora oskarżającego go w tym procesie. Nim stróże prawa zdążyli zareagować, skazany zdążył tak dotkliwie pobić sługę Temidy, że ten w rezultacie wylądował w szpitalu. W efekcie krewki Grek stanął przed sądem po raz drugi, tym razem jednak odseparowany od prokuratora i składu sądzącego szybą pancerną. Wybryk skazanego został potraktowany surowo, i w rezultacie sąd „dorzucił” mu do odsiadki jeszcze trzy lata i trzy miesiące.
Żywy sejf
Wrocławscy strażnicy miejscy zatrzymali w sklepie spożywczym złodzieja, który w tej placówce handlowej ukradł chleb i bułki. Sprawca był kompletnie pijany, ale mimo to zdawał sobie sprawę, że strażnicy najpierw zawiozą go do izby wytrzeźwień, a tam pracownicy „żłobka” zabiorą mu cały jego „majątek” na poczet słonej opłaty za nocleg. Żeby ratować swą „fortunę” w gotówce, która wynosiła 8 zł (słownie: osiem zł) i składała się z trzech monet, bez namysłu połknął je po kolei, zagryzł bułką i już spokojniejszy oddał się w ręce stróżów prawa. Wiedział, że dzięki temu zabiegowi nikt mu już jego majątku nie zasekwestruje. Zaniepokojeni stanem zdrowia pożeracza pieniędzy, strażnicy miejscy najpierw zawieźli go do szpitala, gdzie lekarz po zbadaniu delikwenta stwierdził, że nic mu nie grozi, a monety na drugi dzień same wyjdą... Po tej diagnozie, sprawcę zawieziono do „żłobka”, gdzie jak mniemamy, chyba powstrzymano się od zaaplikowania mu szybko działającego środka przeczyszczającego. Niech mu będzie na zdrowie!
Kiedy dzieci się nudzą...
Dochodziła godzina dziesiąta rano, gdy do pracownika warszawskiej firmy mieszczącej się przy ulicy Gwiaździstej zadzwonił mężczyzna, który oświadczył, że w budynku podłożona jest bomba. Rozmówca po chwili rozłączył się. Na nogi zostali natychmiast postawieni bielańscy policjanci, którzy w ciągu kilku minut zjawili się na miejscu. W gotowości były też pozostałe służby ratunkowe. Policyjni pirotechnicy, metr po metrze, przeszukali cały budynek, nie odnaleźli jednak ładunku wybuchowego. Pies tropiący również nie wyczuł żadnych zapachów materiałów wybuchowych. Był to fałszywy alarm. Pozostało jeszcze odnaleźć autora głupiego żartu. Policjanci przez kilka tygodni skrupulatnie zbierali informacje i analizowali zebrany materiał. Jak się okazało, z fałszywą informacją o podłożonym ładunku wybuchowym zadzwonił 13-letni Tomek. Chłopiec, który nudził się w domu, zadzwonił z telefonu należącego do jego mamy. Nieodpowiedzialny smarkacz teraz poniesie konsekwencje swojego bezmyślnego zachowania. Kosztami akcji ratunkowej zostaną prawdopodobnie obciążeni jego rodzice. Zebrane materiały policyjne zostały przekazane do sądu rodzinnego i nieletnich, który podejmie decyzję w sprawie tego małolata. (www.policja.pl).
Przymusowi ochotnicy
Sąd Okręgowy w Cleveland (USA) nie mógł skompletować ławy przysięgłych do rozpoczynających się po południu kilku spraw sądowych, ze względu na brak ochotników. Sędzia zwrócił się o pomoc do miejscowego szeryfa, który rozwiązał problem w iście kowbojski sposób. Wraz z kilkoma funkcjonariuszami udał się do najbliższego supermarketu, gdzie przez megafon wezwał kupujących tam klientów do spełnienia obywatelskiego obowiązku. Nim klienci zorientowali się o co chodzi, funkcjonariusze policji wręczyli kilkudziesięciu osobom wezwania do sądu w charakterze członka ławy przysięgłych. Niektórzy „mianowani” w ten sposób ławnicy, mieli zaledwie pół godziny do chwili rozpoczęcia pierwszej rozprawy. Obywatele USA nie mogą odmówić zasiadania w ławie przysięgłych, chyba że sąd lub strony procesu nie wyrażą na to zgody. Praca ławnika traktowana jest tam jako zaszczytny obywatelski obowiązek.
Rehabilitacja czarownic
W 1692 roku, w dzisiejszym stanie Massachusetts, w miasteczku Salem odbył się proces czarownic, którego efektem było powieszenie dwudziestu kobiet. Nieszczęsnym niewiastom jakoby udowodniono praktykowanie czarów i związki z diabłem. Nie tak dawno Kongregacja kościoła, którego nazwę litościwie przemilczymy, postanowiła zrehabilitować dwie spośród skazanych 317 lat temu niewiast. Dlaczego akurat tylko dwie? Tego nie wiemy. Faktem jest, że dusze pań: R. Nurse i G. Corey będą mogły wrócić na łono wspomnianego kościoła, gdyż nałożona ówcześnie klątwa została uchylona. W posiedzeniu Kongregacji, której członkowie uchwalili tak niezwykle „humanitarną” decyzję, brali udział potomkowie dwóch zrehabilitowanych kobiet.


