Byli bardzo dziwną parą. Ona – ładna, miła, inteligentna, życzliwa dla ludzi. Zawsze gustownie ubrana i uczesana, choć z pewnością nie była typem pustej elegantki, lecz kobietą czynu. Natomiast on – gbur i ponurak; prymityw wilkiem na wszystkich patrzący. Myślał jedynie o własnych wygodach i korzyściach. Ci, którzy ich znali, często zastanawiali się, co mogło połączyć dwa tak skrajnie odmienne charaktery. Przecież mogła go dawno temu rzucić w diabły i znaleźć sobie kogoś na swoim poziomie – uważają znajomi. Być może i ona ostatnio tak myślała, ale niestety nie zdążyła już niczego zmienić w swoim życiu.
28-letni Łukasz M. i 34-letnia Kamila L. pochodzili z Pomorza. Jako dzieci mieszkali na tym samym osiedlu w S., a zatem znali się – przynajmniej z widzenia – od najmłodszych lat. Dopóki różnica wieku między nimi stanowiła przeszkodę do wspólnych zabaw czy poważniejszych rozmów, nie zwracali na siebie większej uwagi. Gdy Kamila była wyrośniętą 15-letnią dziewczyną, przygotowującą się do egzaminu do szkoły średniej, Łukasz przymierzał komunijny garniturek, a wieczorami pasjonował się przygodami Smerfów.
Potem jednak upływ czasu coraz bardziej zacierał tę 6-letnią różnicę wieku. Znajdowali coraz więcej wspólnych tematów i zainteresowań, może dlatego, że oboje byli samotni, nie założyli rodzin i wciąż mieszkali na tym samym osiedlu. W sposób nieomal niedostrzegalny stawali się sobie coraz bliżsi, i w końcu zostali parą. Zastanawiali się nad małżeństwem, ale ostatecznie nie zrobili tego. Niechętna temu była zwłaszcza Kamila, która przed kilkoma laty przeżyła dramat – narzeczony rzucił ją niemal w przededniu ślubu. Raz się sparzyła i wolała nie doświadczać tego ponownie.
Kamila była nie tylko starsza od Łukasza, ale również o wiele lepiej wykształcona. Ukończyła studia techniczne na politechnice, on zaś ledwie „zmęczył” zawodówkę. Wprawdzie uczęszczał potem do liceum wieczorowego, ale szkołę rzucił już po pierwszym semestrze.
Potem jednak upływ czasu coraz bardziej zacierał tę 6-letnią różnicę wieku. Znajdowali coraz więcej wspólnych tematów i zainteresowań, może dlatego, że oboje byli samotni, nie założyli rodzin i wciąż mieszkali na tym samym osiedlu. W sposób nieomal niedostrzegalny stawali się sobie coraz bliżsi, i w końcu zostali parą. Zastanawiali się nad małżeństwem, ale ostatecznie nie zrobili tego. Niechętna temu była zwłaszcza Kamila, która przed kilkoma laty przeżyła dramat – narzeczony rzucił ją niemal w przededniu ślubu. Raz się sparzyła i wolała nie doświadczać tego ponownie.
Kamila była nie tylko starsza od Łukasza, ale również o wiele lepiej wykształcona. Ukończyła studia techniczne na politechnice, on zaś ledwie „zmęczył” zawodówkę. Wprawdzie uczęszczał potem do liceum wieczorowego, ale szkołę rzucił już po pierwszym semestrze.
***
Zimą 2007 roku oboje znaleźli się bez pracy i w związku z tym postanowili przenieść się na stałe do B. na wschodzie Polski, gdzie od niedawna funkcjonowała duża firma, zajmująca się produkcją mebli i drewnianych elementów wyposażenia mieszkań. Zamierzali się w niej zatrudnić.
Kamila L. bardzo dobrze znała się na nowych technologiach obróbki drewna i właściciel firmy przyjął ją do pracy z otwartymi ramionami. Otrzymała kierownicze stanowisko; do jej obowiązków należało m.in. prowadzenie zawodowych szkoleń dla pracowników firmy. Natomiast Łukasz M. dostał pracę w fabryce mebli tylko dlatego, że wstawiła się za nim Kamila. Ba – uzależniała przyjęcie posady kierowniczki od zatrudnienia również jej chłopaka. Postawiony pod ścianą szef przystał na ten warunek i przydzielił Łukaszowi pracę na podrzędnym stanowisku. Znał się na ludziach i wystarczyło mu spojrzeć na młodego mężczyznę, by mieć pewność, że ten to tu długo miejsca nie zagrzeje.
Kamila L. była w firmie bardzo ceniona i lubiana, zarówno przez zwierzchników jak i podwładnych. Szanowano ją nie tylko za fachową wiedzę, którą z talentem i wdziękiem potrafiła przekazywać innym, ale również (a może przede wszystkim) za uśmiech, koleżeńskość i skromność. Nigdy nie wywyższała się, była miła i życzliwa dla wszystkich. Jeżeli musiała zwrócić komuś uwagę, robiła to delikatnie i taktownie. Pracownicy firmy nazywali ją „księżniczką” – i nie było w tym określeniu żadnej ironii. Był to raczej dowód sympatii szacunku.
***
Łukasz M. dość szybko przyuczył się do pracy w firmie meblowej i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wódka. Nigdy nie wylewał za kołnierz, ale dopóki mieszkali z Kamilą na Pomorzu, znał swoje granice, wiedział kiedy można, a kiedy nie. Nigdy nie zdarzyło mu się usiąść po kieliszku za kierownicą.
Po przeprowadzce do B. wszystko zmieniło się zdecydowanie na gorsze. Łukasz pił niemal codziennie. Na oczach Kamili sączył piwo za piwem. Nie podobało jej się to, ale starała się nie zwracać mu uwagi. Nie lubił tego, a ona w końcu nie była jego matką. Czasami zastanawiała się tylko, co tak bardzo odmieniło tego człowieka. Kiedyś sama lubiła napić się z nim kieliszek wina do kolacji, ale teraz, widząc jakie spustoszenie w Łukaszu czynią napoje wyskokowe, czuła obrzydzenie do alkoholu.
Najgorsze, że pił przed pracą i w czasie pracy. Parokrotnie rozmawiając z nim w firmie wyczuła w jego oddechu alkohol. Wolała nie robić mu wymówek, bo ostatecznie za rękę go nie złapała. Nie wytrzymała jednak, kiedy pakując mu rano kanapki do pracy, znalazła w jego torbie napoczętą półlitrówkę wódki.
– Co to jest? – spytała.
– No, jak łatwo się domyślić – odpowiadał z krzywym uśmiechem – opakowanie szklane zawierające… o tu jest napis: „wódka czysta 40 procent objętości”.
Doszło do wielkiej awantury, po której Łukasz trzasnął drzwiami i wrócił do domu dopiero pod wieczór następnego dnia. Dwa tygodnie później został zwolniony z pracy. – Już nawet nie chodzi o zasady czy dyscyplinę, ale nie chcę odpowiadać przed sądem jak ten dureń utnie sobie piłą rękę po pijanemu – tak szef wyjaśnił Kamili powody swojej decyzji.
Po przeprowadzce do B. wszystko zmieniło się zdecydowanie na gorsze. Łukasz pił niemal codziennie. Na oczach Kamili sączył piwo za piwem. Nie podobało jej się to, ale starała się nie zwracać mu uwagi. Nie lubił tego, a ona w końcu nie była jego matką. Czasami zastanawiała się tylko, co tak bardzo odmieniło tego człowieka. Kiedyś sama lubiła napić się z nim kieliszek wina do kolacji, ale teraz, widząc jakie spustoszenie w Łukaszu czynią napoje wyskokowe, czuła obrzydzenie do alkoholu.
Najgorsze, że pił przed pracą i w czasie pracy. Parokrotnie rozmawiając z nim w firmie wyczuła w jego oddechu alkohol. Wolała nie robić mu wymówek, bo ostatecznie za rękę go nie złapała. Nie wytrzymała jednak, kiedy pakując mu rano kanapki do pracy, znalazła w jego torbie napoczętą półlitrówkę wódki.
– Co to jest? – spytała.
– No, jak łatwo się domyślić – odpowiadał z krzywym uśmiechem – opakowanie szklane zawierające… o tu jest napis: „wódka czysta 40 procent objętości”.
Doszło do wielkiej awantury, po której Łukasz trzasnął drzwiami i wrócił do domu dopiero pod wieczór następnego dnia. Dwa tygodnie później został zwolniony z pracy. – Już nawet nie chodzi o zasady czy dyscyplinę, ale nie chcę odpowiadać przed sądem jak ten dureń utnie sobie piłą rękę po pijanemu – tak szef wyjaśnił Kamili powody swojej decyzji.
***
Poradzę sobie – przekonywał Łukasz. – Właściwie to nawet dobrze się stało. W tych meblach nie mogłem się rozwijać, ale teraz wszystko się zmieni, zobaczysz. Tłumaczył, że pił właśnie z powodu pracy, bo sytuacja była dwuznaczna. On, zwykły robol, a jednocześnie facet kierowniczki, dzięki której w ogóle miał tę robotę. Koledzy patrzyli na niego nieufnie, traktowali jak kapusia, niektórzy podśmiewali się na boku. To go stresowało. Dobrze więc, że teraz będą pracowali osobno. Pozostało jedynie tę nową pracę znaleźć.
Łatwo nie było. Łukasz próbował szczęścia w innych zakładach. Nie szło mu jednak dobrze – tu popracował miesiąc, tam dwa tygodnie. Powód kolejnych zwolnień zawsze był ten sam – alkohol w pracy, zaniedbywanie obowiązków, spóźnianie się.
– To nic takiego, mam po prostu gorszy okres, ale to się wkrótce zmieni – zapewniał Kamilę, która coraz częściej i coraz ostrzejszym tonem radziła mu wziąć się w garść. Inaczej będą musieli się rozstać. Niestety, po Łukaszu M. nie było widać żadnej poprawy ani nawet chęci, by się zmienić na lepsze. Mężczyzna przytakiwał, przepraszał, obiecywał poprawę, ale nie miał najmniejszego zamiaru rezygnować z dotychczasowego stylu życia.
Po wypiciu bywał kłótliwy i agresywny, miał też zwyczaj chodzić po mieście i prowokować burdy. Z jak najgorszej strony znali go sąsiedzi. Para wynajmowała dwupokojowe mieszkanie w bloku na jednym z większych osiedli w B. Przez cienkie niczym papier ściany było słychać każde przekleństwo i wyzwisko rzucone przez Łukasza w pijackim amoku. Ludzie po cichu współczuli Kamili takiego narzeczonego, głośno jednak nie robili uwag, nie chcieli wtrącać się w ich życie. – Robił jej wiochę i tyle – mówi jeden z sąsiadów.
Łukasz M. czasami robił zakupy w sklepie spożywczym w pobliżu miejsca zamieszkania. Przeważnie brał duże ilości alkoholu: po kilka półlitrówek wódki i kartony piwa. Ale nigdy nie płacił, tłumaczył, że rachunek ureguluje Kamila. Często przychodził podchmielony i sprzeczał się z ekspedientkami.
Łatwo nie było. Łukasz próbował szczęścia w innych zakładach. Nie szło mu jednak dobrze – tu popracował miesiąc, tam dwa tygodnie. Powód kolejnych zwolnień zawsze był ten sam – alkohol w pracy, zaniedbywanie obowiązków, spóźnianie się.
– To nic takiego, mam po prostu gorszy okres, ale to się wkrótce zmieni – zapewniał Kamilę, która coraz częściej i coraz ostrzejszym tonem radziła mu wziąć się w garść. Inaczej będą musieli się rozstać. Niestety, po Łukaszu M. nie było widać żadnej poprawy ani nawet chęci, by się zmienić na lepsze. Mężczyzna przytakiwał, przepraszał, obiecywał poprawę, ale nie miał najmniejszego zamiaru rezygnować z dotychczasowego stylu życia.
Po wypiciu bywał kłótliwy i agresywny, miał też zwyczaj chodzić po mieście i prowokować burdy. Z jak najgorszej strony znali go sąsiedzi. Para wynajmowała dwupokojowe mieszkanie w bloku na jednym z większych osiedli w B. Przez cienkie niczym papier ściany było słychać każde przekleństwo i wyzwisko rzucone przez Łukasza w pijackim amoku. Ludzie po cichu współczuli Kamili takiego narzeczonego, głośno jednak nie robili uwag, nie chcieli wtrącać się w ich życie. – Robił jej wiochę i tyle – mówi jeden z sąsiadów.
Łukasz M. czasami robił zakupy w sklepie spożywczym w pobliżu miejsca zamieszkania. Przeważnie brał duże ilości alkoholu: po kilka półlitrówek wódki i kartony piwa. Ale nigdy nie płacił, tłumaczył, że rachunek ureguluje Kamila. Często przychodził podchmielony i sprzeczał się z ekspedientkami.
***
Miara przebrała się 5 stycznia 2008 roku. Łukasz M. od świąt praktycznie nie trzeźwiał. Wpadł w alkoholowy ciąg, urządzał pijackie burdy, nawyzywał przez telefon szefa Kamili, kiedy ten zadzwonił do niej w sprawach związanych z firmą. Żadne prośby ani tłumaczenia, żeby się opamiętał, nie skutkowały.
– To już koniec – oświadczyła rano Kamila. – Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Długo tolerowałam twoje wyskoki, starałam się zrozumieć, ale mam już tego naprawdę dość. Nie będziesz mnie więcej wykorzystywał i kompromitował. Musisz się stąd szybko wyprowadzić. Daję ci na to miesiąc.
Zaczął ją przepraszać, obiecywał, że się poprawi, niech mu tylko da jeszcze jedną szansę. Zapewniał, że ją kocha i nie wyobraża sobie życia bez niej. W jego oczach pojawiły się łzy. Takie słowa i takie sztuczki zawsze skutkowały. Tym razem jednak nie dała się przebłagać. Siedziała z zaciętą miną. Zaczął więc kłócić się z nią, wykrzykiwać i grozić.
– Jak nie przestaniesz gadać tych dyrdymałek, to zobaczysz, jak cię urządzę – wrzeszczał. – Wiesz, co zrobię? Podpalę tę budę, w której pracujesz.
Na Kamili nie robiło to większego wrażenia. Siedziała ze wzrokiem utkwionym za oknem. W pewnym momencie wstała z krzesła i poszła do łazienki wykąpać się. Gdy leżała w wannie, Łukasz wielkimi krokami przemierzał mieszkanie. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Sposób, w jaki zachowywała się Kamila, nie wróżył niczego dobrego. Co ją ugryzło? Dotąd zawsze mu przebaczała. A może naprawdę ma już go dość? Ta myśl zmroziła go. No bo co pocznie, gdy zostanie sam, za co będzie żył? Nie miał nawet na bilet powrotny do domu. Wielokrotnie, pijąc na mieście piwo, widział obdartych, zabiedzonych mężczyzn, żebrających o bodaj parę groszy na najtańsze wino. Czy taki los i jemu wkrótce przypadnie w udziale?
– To już koniec – oświadczyła rano Kamila. – Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Długo tolerowałam twoje wyskoki, starałam się zrozumieć, ale mam już tego naprawdę dość. Nie będziesz mnie więcej wykorzystywał i kompromitował. Musisz się stąd szybko wyprowadzić. Daję ci na to miesiąc.
Zaczął ją przepraszać, obiecywał, że się poprawi, niech mu tylko da jeszcze jedną szansę. Zapewniał, że ją kocha i nie wyobraża sobie życia bez niej. W jego oczach pojawiły się łzy. Takie słowa i takie sztuczki zawsze skutkowały. Tym razem jednak nie dała się przebłagać. Siedziała z zaciętą miną. Zaczął więc kłócić się z nią, wykrzykiwać i grozić.
– Jak nie przestaniesz gadać tych dyrdymałek, to zobaczysz, jak cię urządzę – wrzeszczał. – Wiesz, co zrobię? Podpalę tę budę, w której pracujesz.
Na Kamili nie robiło to większego wrażenia. Siedziała ze wzrokiem utkwionym za oknem. W pewnym momencie wstała z krzesła i poszła do łazienki wykąpać się. Gdy leżała w wannie, Łukasz wielkimi krokami przemierzał mieszkanie. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Sposób, w jaki zachowywała się Kamila, nie wróżył niczego dobrego. Co ją ugryzło? Dotąd zawsze mu przebaczała. A może naprawdę ma już go dość? Ta myśl zmroziła go. No bo co pocznie, gdy zostanie sam, za co będzie żył? Nie miał nawet na bilet powrotny do domu. Wielokrotnie, pijąc na mieście piwo, widział obdartych, zabiedzonych mężczyzn, żebrających o bodaj parę groszy na najtańsze wino. Czy taki los i jemu wkrótce przypadnie w udziale?
***
Jak potem wyjaśniał, poczuł wściekłość. Udał się do kuchni, wyciągnął z półki długi nóż i uzbrojony wszedł do łazienki. Kamila wciąż się kąpała. Leżała w wannie z przymkniętymi oczami i nie zauważyła, jak wchodził. Pochylił się nad nią. Wtedy zobaczyła go z wyciągniętą ręką, w której ściskał nóż. W jej oczach pojawił się paniczny strach, chciała krzyknąć, ale nie zdążyła. Zadał jej jeden cios w szyję. Umiał zadawać ciosy nożem, żeby natychmiast zabić. Nauczył się tego w wojsku i jako uczestnik „szkoły przetrwania”.
Po kilkunastu sekundach Kamila L. przestała się ruszać. Mężczyzna umył zwłoki i przeniósł je do łóżka w pokoju. Przykrył ciało kołdrą. Następnie zabrał z torebki kobiety gotówkę, karty płatnicze i telefon komórkowy.
Ubrał się i wyszedł z domu. W osiedlowym sklepie kupił kilka butelek alkoholu i wrócił do mieszkania. Pił przez resztę dnia. Nazajutrz przeniósł ciało Kamili do garażu pod domem i wrzucił do kanału naprawczego. Przykrył zwłoki workami na śmieci, a otwór kanału zamaskował deskami.
Potem ruszył w miasto. Miał przy sobie sporo pieniędzy. Pił w kilku lokalach gastronomicznych w B., wybierał najdroższe drinki i potrawy. W jednej z restauracji w centrum miasta zamówił rosyjski kawior i butelkę szampana. Kelnerowi dał napiwek w wysokości kilkudziesięciu złotych.
Co jakiś czas wracał do mieszkania, a potem znowu wychodził. Był coraz bardziej pijany. Nie zważając, że inni mogą słyszeć co mówi, dzwonił do rodziny i chwalił się tym, co zrobił poprzedniego dnia. Opowiadał ze szczegółami, w jaki sposób pozbawił kobietę życia i co zrobił z ciałem. Nikt mu jednak nie wierzył, mówił bełkotliwym głosem, co chwilę się zacinał. W pewnym momencie zatelefonował nawet na policję. Zgłosił się oficer dyżurny.
– Przepraszam, mam takie pytanie – zwrócił się do policjanta. – Niech mi pan powie, jaka kara grozi za zabójstwo?
– A dlaczego pana to interesuje? – odparł pytaniem na pytanie oficer dyżurny.
– Ot, tak, chciałem po prostu wiedzieć. No to na ile lat można pójść siedzieć?
Zanim padła odpowiedź, Łukasz M. rozłączył się. Dzwonił siedząc w jednym z pubów, obsługa zapamiętała, że po tym telefonie wstał od stolika i wyszedł na ulicę.
Po kilkunastu sekundach Kamila L. przestała się ruszać. Mężczyzna umył zwłoki i przeniósł je do łóżka w pokoju. Przykrył ciało kołdrą. Następnie zabrał z torebki kobiety gotówkę, karty płatnicze i telefon komórkowy.
Ubrał się i wyszedł z domu. W osiedlowym sklepie kupił kilka butelek alkoholu i wrócił do mieszkania. Pił przez resztę dnia. Nazajutrz przeniósł ciało Kamili do garażu pod domem i wrzucił do kanału naprawczego. Przykrył zwłoki workami na śmieci, a otwór kanału zamaskował deskami.
Potem ruszył w miasto. Miał przy sobie sporo pieniędzy. Pił w kilku lokalach gastronomicznych w B., wybierał najdroższe drinki i potrawy. W jednej z restauracji w centrum miasta zamówił rosyjski kawior i butelkę szampana. Kelnerowi dał napiwek w wysokości kilkudziesięciu złotych.
Co jakiś czas wracał do mieszkania, a potem znowu wychodził. Był coraz bardziej pijany. Nie zważając, że inni mogą słyszeć co mówi, dzwonił do rodziny i chwalił się tym, co zrobił poprzedniego dnia. Opowiadał ze szczegółami, w jaki sposób pozbawił kobietę życia i co zrobił z ciałem. Nikt mu jednak nie wierzył, mówił bełkotliwym głosem, co chwilę się zacinał. W pewnym momencie zatelefonował nawet na policję. Zgłosił się oficer dyżurny.
– Przepraszam, mam takie pytanie – zwrócił się do policjanta. – Niech mi pan powie, jaka kara grozi za zabójstwo?
– A dlaczego pana to interesuje? – odparł pytaniem na pytanie oficer dyżurny.
– Ot, tak, chciałem po prostu wiedzieć. No to na ile lat można pójść siedzieć?
Zanim padła odpowiedź, Łukasz M. rozłączył się. Dzwonił siedząc w jednym z pubów, obsługa zapamiętała, że po tym telefonie wstał od stolika i wyszedł na ulicę.
***
W tym czasie Ireneusz Z., pracodawca Kamili L., bardzo niepokoił się z powodu jej nieobecności w pracy. To niepodobne do niej, żeby nie przyjść ot tak, bez wcześniejszego uprzedzenia. A mieli przecież opracować harmonogram szkoleń dla pracowników na najbliższy kwartał. Próbował skontaktować się z nią telefonicznie, ale komórka kobiety milczała.
Pewnie coś się stało – wywnioskował i zadzwonił na policję. Opowiedział o swoich obawach. Dyżurny komendy policji skojarzył zgłoszenie Ireneusza Z. z dziwnym telefonem od najwyraźniej podpitego mężczyzny, który go zapytał, na ile lat można pójść do więzienia za zabójstwo.
– Czy tu mieszka pani Kamila L.? – spytali go funkcjonariusze. Łypnął na nich przekrwionymi oczami i odpowiedział, że owszem. Ale właściwie to już nie mieszka.
– No to mieszka czy nie?
– Nie, bo nie żyje. Ja ją zamordowałem…
Łukasz M. został zatrzymany i podczas przesłuchania przyznał się do zabójstwa. Szczegółowo zrelacjonował przebieg zbrodni i wskazał miejsce, gdzie ukrył zwłoki. Decyzją Sądu Rejonowego w B., Łukasz M. został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. W czasie przesłuchania usłyszał odpowiedź na pytanie, które zadał wcześniej dyżurnemu oficerowi policji. Za zabójstwo grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Pewnie coś się stało – wywnioskował i zadzwonił na policję. Opowiedział o swoich obawach. Dyżurny komendy policji skojarzył zgłoszenie Ireneusza Z. z dziwnym telefonem od najwyraźniej podpitego mężczyzny, który go zapytał, na ile lat można pójść do więzienia za zabójstwo.– Czy tu mieszka pani Kamila L.? – spytali go funkcjonariusze. Łypnął na nich przekrwionymi oczami i odpowiedział, że owszem. Ale właściwie to już nie mieszka.
– No to mieszka czy nie?
– Nie, bo nie żyje. Ja ją zamordowałem…
Łukasz M. został zatrzymany i podczas przesłuchania przyznał się do zabójstwa. Szczegółowo zrelacjonował przebieg zbrodni i wskazał miejsce, gdzie ukrył zwłoki. Decyzją Sądu Rejonowego w B., Łukasz M. został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. W czasie przesłuchania usłyszał odpowiedź na pytanie, które zadał wcześniej dyżurnemu oficerowi policji. Za zabójstwo grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Karol Rebs
Zmieniono personalia i niektóre szczegóły.


