Życie prostytutek oraz przyczyny, dla których kobiety wykonują najstarszy zawód świata, owiane są całą gamą półprawd, fałszywych wyobrażeń i przekonań. Gdyby zebrać te wszystkie opinie, okazałoby się, że jest dokładnie tyle samo osób, które uważają, że prostytutki robią to, bo są do tego zmuszane, co osób, które są przekonane, że prostytutki robią to, bo to lubią. Prawda jest jak zwykle bardziej złożona, co wynika z ogromnej różnorodności ludzkich motywacji, punktu widzenia i uwarunkowań ich postępowania…
Krzysztof B. jako 38-letni mężczyzna, o dziwo, reprezentował tę część ludzkości, która twierdzi, że prostytutki to nieszczęsne istoty, które do uprawiania nierządu zmusza się siłą, szantażem lub tzw. zniewoleniem ekonomicznym. O swoich przekonaniach, raczej nietypowych dla mężczyzny, często opowiadał wśród przyjaciół i znajomych, a w jego głosie czuć było autentyczną nutę współczucia dla „cór Koryntu”. Słysząc jego wypowiedzi, wiele osób uważało, że są to takie hasła głoszone celowo, aby zainteresować sobą i zjednać sympatię kobiet. Krzysztof B. mógł uchodzić za autorytet w tej kwestii, ale nie z przyczyny, że np. często korzystał z usług świadczonych przez prostytutki, ale dlatego, że był policjantem z wieloletnim stażem. Dlatego wszystko co mówił na temat ciemnych stron życia społecznego, uznawane było za prawidłową ocenę tego zjawiska, popartą policyjnym wyszkoleniem i doświadczeniem.
Rzeczywistość nie była jednak tak prosta. Krzysztof B. był co prawda policjantem w stopniu starszego aspiranta, ale pracował jako technik kryminalistyki, czyli na miejscu zdarzenia wykonywał fotografie i zabezpieczał wszelkie ślady mogące pomóc w odkryciu prawdy i sprawcy. O realiach życia prostytutek wiedział tylko tyle, ile wyczytał na ten temat i usłyszał z wypowiedzi kolegów. W jego wieloletniej karierze policyjnej zdarzyło mu się także brać udział w oględzinach na miejscu zabójstwa prostytutki, a także w agencji towarzyskiej, w której gang wymuszający haracze za opiekę, urządził sobie prawdziwą strzelaninę. Jednak styczność z martwą prostytutką przyniosła mu niewiele wiedzy, podobnie jak widok śmiertelnie przerażonych właścicieli, pracowników oraz pracownic agencji towarzyskiej.
Ogólnie uznawano, że Krzysztof B., jak na policjanta, jest dosyć dziwnym człowiekiem. Pomimo ukończonych 38 lat życia mieszkał samotnie w O. w niedużym domku odziedziczonym po zmarłych wcześnie rodzicach i nie zanosiło się na to, żeby miał zamiar się ożenić. Owszem, bywały w jego życiu kobiety, ale były to raczej krótkotrwałe i niezbyt zażyłe znajomości. Jedni trochę z niego kpili, inni mu zazdrościli, a na to wszystko on reagował stwierdzeniem, że jeszcze swojej kandydatki na żonę nie spotkał.
Pomysł
Dosyć często przejeżdżając przez śródleśny odcinek obwodnicy miasta, w którym pracował, Krzysztof B. przyglądał się prostytutkom (tzw. „tirówkom”) stojącym przy drodze. W różnych okresach „pracowały” w tym miejscu przedstawicielki wielu narodowości. Był czas, że wśród prostytutek przeważały Rosjanki i Białorusinki, ale szybko zastąpiły je młode Bułgarki i Rumunki, które w ostatnich latach absolutnie zdominowały rynek przydrożnych usług seksualnych w Polsce.
Przyglądając się tym kobietom, Krzysztof B. często był przedmiotem kpin ze strony kolegów-policjantów, którzy żartowali z niego, że ogląda je jak prawdziwy koneser lub stały klient. Uważali, że przy jego samotnym trybie życia, korzystanie z usług tych pań jest całkowicie uzasadnione, choć niezupełnie zgodne z honorem policjanta.
Starszy aspirant B. nie reagował na te zaczepki gniewem, czy agresją, ale podczas pewnej imprezy imieninowej w gronie policjantów zwierzył się jednemu z kolegów, że chętnie uratowałby jakąś prostytutkę z łap alfonsów, a nawet ożeniłby się i dałby jej szansę na normalne, uczciwe życie.
Takich deklaracji, zwłaszcza składanych pod koniec mocno zakrapianej imprezy, nikt nie brał poważnie. Kolega zaśmiał się tylko i zażartował, że taka żona wielu ciekawych rzeczy mogłaby Krzysztofa B. nauczyć, ale czy zdołałaby dochować mu wierności? No i co Krzysztof B. zrobiłby ze świadomością, że przed nim jego małżonka świadczyła seksualne usługi niesprecyzowanej bliżej, ale na pewno niemałej, liczbie mężczyzn. Krzysztof B. stwierdził, że to dla niego nie byłby żaden problem, bo może nie w takiej ilości, ale i przez jego życie przewinęło się wiele kobiet.
Do tego tematu wracał później często podczas różnych rozmów, a jego koledzy podpatrzyli, że nawet wówczas, kiedy nie musiał, często przejeżdżał przez obwodnicę w miejscu, gdzie stały „tirówki”. Przypuszczano, że po prostu czasami korzysta z ich usług. No cóż, samotny mężczyzna…
Jak później przyznał Krzysztof B., już wówczas, czyli wiosną 2005 roku, zrodziło się w nim postanowienie, że spróbuje zaofiarować którejś z „tirówek” małżeństwo i zamieszkanie u niego w domu w zamian za wierność i rezygnację z „zawodu”. Jeśli byłaby to Bułgarka lub Rumunka, to poprzez małżeństwo zyskałaby także obywatelstwo polskie.
Starszy aspirant B. był przekonany, że większość kobiet – prostytutek pracuje w ten sposób ze strachu przed swoimi „opiekunami”, czyli członkami grup przestępczych organizujących ten proceder. Prawdopodobnie w jego przekonaniu było wiele racji. Uważał jednak, że jako policjant z łatwością może dać sobie radę z ewentualną „akcją” przestępców chcących odzyskać którąś z pracujących dla nich kobiet. Był wprost pewny, że nie odważą się na jakiekolwiek naciski, bo jaki przestępca byłby na tyle nierozważny, żeby zadzierać z przedstawicielem policji?
Spróbować nie zaszkodzi
Pan Krzysztof podczas częstego przejeżdżania przez obwodnicę i obserwowania stojących tam prostytutek, wybrał w końcu jedną, która z racji niewątpliwej urody niepodkreślanej nawet wyzywającym makijażem, już dawno mu się spodobała. Według jego oceny mogła mieć około 25 lat (w rzeczywistości miała 20) i była szczupłą, długonogą brunetką.
W połowie października 2005 roku, około południa podjechał do niej i zaczął rozmowę. Początkowo wszystko szło dobrze, do chwili, kiedy w końcu ośmielony tym, że dziewczyna całkiem nieźle mówi po polsku, wyjawił jej to, jakie ma zamiary wobec niej. Natychmiast rozmowa się urwała i dziewczyna opryskliwie zapytała, czy chce skorzystać z jej usług, a jeśli nie, to niech sobie jedzie i nie zajmuje jej niepotrzebnie czasu.
Krzysztof B. odjechał lekko urażony, ale po jakimś czasie pomyślał, że innej reakcji nie należało oczekiwać i że był głupi, myśląc, że dziewczyna wsiądzie do samochodu faceta, którego pierwszy raz widzi i pojedzie z nim zacząć nowe życie.
Po tygodniu pojechał jeszcze raz i później następny. Rozmowy zaczęły robić się coraz bardziej swobodne. Dowiedział się, że dziewczyna jest Bułgarką, w Polsce pracuje od trzech lat i nazywa się Albena C. O sobie powiedział jej tyle, że jest policjantem i ma swój domek, w którym bezpiecznie mogliby oboje zamieszkać. Reagowała na te jego deklaracje z niedowierzaniem i uśmiechem. Aż w końcu, w początkach listopada, podjechał do niej w piątkowy wieczór. Ledwie ją odnalazł, bo stała w innym miejscu niż zwykle, a na dokładkę jesienna szaruga utrudniała widoczność. Dopiero za trzecim przejazdem, pod parasolem rozpoznał twarz Albeny. Zaraz jednak pogratulował sobie uporu, bo dziewczyna wsiadła do jego samochodu i powiedziała, że może ją zabrać do tego swojego domku. Jeszcze chyba nigdy Krzysztof B. swoim Fordem nie przemknął przez miasto tak szybko, jak tego dnia.
Cały weekend spędzili w jego domu i jak później opowiadał Krzysztof B., pod jego domem nie pokazał się żaden obcy samochód, ani do Albeny nikt nie dzwonił. To ostatnie wydało mu się trochę dziwne, ale nie chciał wtedy płoszyć dziewczyny swoimi podejrzeniami, czy zbyt natarczywym dopytywaniem się.
W poniedziałek rano normalnie poszedł do pracy w komendzie, a Albena C. została w domu. Umówili się, że po południu pojadą do W. na zakupy, bo dziewczyna nie miała wielu przedmiotów niezbędnych do życia każdej kobiecie, chociażby takich jak np. lakier do paznokci.
Przewidywalna niespodzianka
Starszy aspirant Krzysztof B. starał się tego dnia niczego po sobie nie pokazywać, ale koledzy z pracy szybko zauważyli, że jest trochę myślami nieobecny. Kiedy dopytywali się o przyczyny takiego nastroju, odpowiedział tylko tajemniczo „Kobieta…”, czym uciął wszelkie pytania. Takie zachowanie trochę dziwiło pracujących z nim od lat kolegów. Zawsze był wręcz gadatliwy, a nie oszczędny w słowach. Uznali więc, że ta „Kobieta...” to widocznie coś poważnego. Byli też pewni, znając go, że za jakiś czas wszystko im i tak opowie.
Tak też się stało i to dużo szybciej niż przypuszczali. Krzysztof B. po skończonej pracy pożegnał się z nimi i pojechał do domu. Jednak już po upływie pół godziny zadzwonił do dwóch kolegów i poprosił o przyjazd do jego domu, bo „stało się niedobrze i bardzo potrzebuje ich pomocy”. Prosił o natychmiastowy przyjazd, twierdząc, że sprawa jest bardzo pilna i nie może poczekać.
Kiedy jego przyjaciele, prawie równocześnie, zjawili się przed budynkiem, powiedział im, że został doszczętnie okradziony. Sprawcy podjechali ciężarowym samochodem pod drzwi wejściowe, zasłaniając widok od ulicy, spokojnie wynieśli z domu wszystko, co tylko było cenne i nadawało się do sprzedania.
Z zażenowaniem opowiedział im też o Albenie C. i całą historię jej poznania oraz o tym, że rano, wychodząc do pracy zostawił ją w domu, gdzie miała czekać do jego powrotu. Koledzy (dochodzeniowiec i technik kryminalistyki) wstępnie rozejrzeli się po mieszkaniu i stwierdzili, że trochę śladów da się zabezpieczyć i że nie ma innego wyjścia, jak zgłosić normalną kradzież i prowadzić czynności oficjalnie. Oczywiście okoliczności kradzieży nie da się ukryć i cała komenda dowie się o tym, jak nieostrożnie, wręcz głupio postąpił starszy aspirant B. On myślał, że może da się odzyskać te przedmioty „po cichu”, ale koledzy stwierdzili, że nawet oficjalne, szeroko prowadzone działania nie gwarantują odzyskania czegokolwiek i zatrzymania sprawców.
Zmartwiony Krzysztof B. potwierdził, że zachował się jak największy naiwniak, tym bardziej że w domu miał także jedną torbę pełną służbowego wyposażenia (m.in. aparat fotograficzny). Trzymał ją w domu na wypadek, kiedy np. w nocy zabierano go z domu w celu zabezpieczania śladów przy jakimś zdarzeniu. Nie musiał wtedy jechać do komendy po sprzęt, tylko ruszał od razu na miejsce. W ten sposób „po cichu” postępowało wielu techników.
Jeszcze tego popołudnia kradzież została oficjalnie zgłoszona, przeprowadzono bardzo solidne oględziny miejsca zdarzenia, zabezpieczając mnóstwo śladów zarówno linii papilarnych, jak i śladów butów oraz kół samochodu. Następnego dnia do działań włączyli się pracownicy pionu kryminalnego.
Dla starszego aspiranta B. nie były to miłe chwile. Musiał o wszystkim opowiedzieć, kryminalni z niedowierzaniem kręcili głowami nad jego pomysłem ratowania prostytutki i układania sobie z nią życia. Jeszcze bardziej byli zdumieni, że stary, doświadczony policjant, przywiózł do domu i zostawił w nim samą kobietę o niewątpliwie złej reputacji. Nie pokusił się nawet o sprawdzenie jej danych w paszporcie, opierając się tylko na tym, co sama mu powiedziała o sobie. Przecież tak naprawdę, nie można było mieć nawet pewności, czy to była Bułgarka, Rumunka, czy może kobieta z któregoś kraju byłej Jugosławii. A już co do imienia policjanci z pionu kryminalnego mieli prawie stuprocentową pewność, że było fałszywe, gdyż wszystkie prostytutki wymyślają sobie pseudonimy.
Jedyne co policjanci mogli uzyskać od Krzysztofa B. to dokładny rysopis tej kobiety, na podstawie którego sporządzono portret pamięciowy. Szybko powielono go dla wielu policjantów, którzy wyruszyli w teren. Także Krzysztof B. pojechał szukać kobiety swoim prywatnym samochodem, patrolując ten rejon obwodnicy, w którym zazwyczaj można było spotkać prostytutki. Jednak wśród nich nie było tego dnia ani w dni następne tej, która przedstawiła mu się jako Albena C.
Akcja
Po dwóch dniach dyskretnego rozpytywania i bezskutecznych poszukiwań Albeny C. oraz jej wspólników, policjanci podjęli decyzję o zmianie taktyki działania. Uzasadniając to koniecznością polepszenia rozpoznania zjawiska prostytucji na terenie miasta O. zaplanowano zmasowane działania dotyczące zarówno terenów leśnych obwodnicy, jak i pomieszczeń zajmowanych przez sześć działających w O. tzw. agencji towarzyskich.
W listopadowy wieczór, w czwartek 2005 roku, policjanci w O. jednocześnie weszli do wszystkich agencji oraz zatrzymali pracujące przy obwodnicy prostytutki. Zwieziono do komendy ponad trzydzieści kobiet i dziesięciu ich „opiekunów”. Wszystkie te osoby zostały gruntownie sprawdzone i przesłuchane. Efekt działań był taki, że już na początku okazało się, że dwóch pracowników agencji towarzyskich jest poszukiwanych do odbycia kary za popełnione wcześniej przestępstwa, więc zostali zatrzymani. Natomiast wśród kobiet sześć przebywało nielegalnie na terenie Polski. Były to dwie Rosjanki i cztery Mołdawianki, którym kilka miesięcy wcześniej wygasł okres legalnego pobytu. Największy problem był z dwiema kobietami, które twierdziły, że są Rumunkami. W ogóle nie miały żadnych dokumentów i oświadczyły, że je zgubiły. Policjanci domyślali się, że paszporty zabrali im „opiekunowie”, ale zastraszone kobiety nie chciały tego potwierdzić. Po kilku godzinach dokumenty w cudowny sposób się odnalazły. Okazało się, że te kobiety także przebywają nielegalnie na terenie naszego kraju i pochodzą z Rosji.
Oczywiście wszystkie osoby pytano o Albenę C. oraz okoliczności okradzenia domu Krzysztofa B., ale okazało się, że nikt nie zna takiej kobiety i nikt niczego nie wie o włamaniu.
Wszystkim dowiezionym do komendy osobom policjanci tłumaczyli, że teraz takie działania będą prowadzone bardzo często i regularnie, przynajmniej do czasu, aż odnajdzie się Albena C. i skradzione z domu Krzysztofa B. przedmioty. Najmniej z takiego obrotu sprawy zadowoleni byli właściciele agencji towarzyskich, ale „dziewczęta” również nie wyglądały na zadowolone.
Obietnica policjantów okazała się prawdziwa i już w poniedziałek wieczorem działania ponowiono, po raz kolejny zwożąc do komendy ponad trzydzieści osób. Ponownie zatrzymano jedną osobę poszukiwaną i dwie przebywające nielegalnie na terenie Polski. Oczywiście, przepłoszono też wielu klientów, którzy korzystali lub mieli właśnie zamiar skorzystać z usług prostytutek w O. Nie wpłynęło to pozytywnie na nastroje wśród nierządnic i wszystkich ludzi organizujących ten proceder.
W czwartek, półtora tygodnia od kradzieży, anonimowy rozmówca powiadomił telefonicznie jednego z policjantów o tym, że w ruinach opuszczonej hurtowni na obrzeżach miasta leżą jakieś przedmioty, które mogą zainteresować policję. Natychmiast pojechał tam radiowóz i znaleziono torbę starszego aspiranta Krzysztofa B. wraz z całym wyposażeniem technika kryminalistycznego oraz kilka innych toreb z różnorodną zawartością. Okazało się, że tylko część tych przedmiotów pochodziła z kradzieży w domu Krzysztofa B., a rodowodu pozostałych przedmiotów nie udało się ustalić. Starszy aspirant Krzysztof B. jako swoją własność rozpoznał dekoder telewizji satelitarnej, kuchenkę mikrofalową oraz kilka drobiazgów. Wielu przedmiotów nie odzyskał nigdy. Zestaw kina domowego oraz dwa odtwarzacze DVD nie były jego własnością. Nie udało się też ustalić, kto te rzeczy porzucił w ruinach i kto zadzwonił na policję. Podejrzewano, że stali za tym właściciele agencji towarzyskich, którym to całe zamieszanie psuło interesy, ale nikomu nie udało się nic udowodnić.
Pomimo znalezienia przedmiotów policjanci nie zaprzestali swoich działań i jeszcze kilkakrotnie przeprowadzili sprawdzenia w agencjach towarzyskich i przy obwodnicy. Albeny C. jednak nie udało się spotkać ani uzyskać bliższych informacji o miejscu jej pobytu.
Efekty
Jednym z niezamierzonych efektów tych wydarzeń było zniknięcie na długi czas „tirówek” z leśnych terenów przy obwodnicy. Częste zwożenie kobiet do komendy i sprawdzanie legalności pobytu w Polsce zaowocowało tym, że ich „opiekunowie” uznali to miejsce w pobliżu O. za niesprzyjające ich działaniom i przenieśli „biznes” gdzie indziej.
Z terenu miasta zniknęły też dwie agencje towarzyskie, których właściciele zostali zatrzymani za inne przestępstwa. Ciekawostką było też oficjalne podziękowanie od jednej z parafii za: „zaangażowanie i wzmożone działania na polu obyczajności publicznej i przestrzegania prawa” złożone po tym, kiedy trwale z obwodnicy zniknęły kobiety świadczące tam usługi seksualne. Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło i cykliczne kontrole w agencjach towarzyskich zostały wpisane w stały grafik działań policjantów z komendy w O.
Starszy aspirant Krzysztof B. po pewnym, trudnym dla niego, okresie zainteresowania jego osobą doszedł do siebie i nadal pracuje w tej komendzie. Okoliczności związane z okradzeniem jego domu bardzo szybko stały się szeroko znane i komentowane w niewielkim mieście.
W czerwcu 2007 roku Krzysztof B. stał się ponownie obiektem powszechnego zainteresowania, a to z racji zawarcia związku małżeńskiego z obywatelką Bułgarii Marią S. Nikt wcześniej nie zorientował się, że Krzysztof B. ma zamiar ożenić się, czy też, że spotyka się z kimś, więc z perspektywy poprzednich wydarzeń natychmiast zaczęto podejrzewać, że panna młoda to była „córa Koryntu”, albo Albena C., która przemyślała wszystko i wróciła do niego. Jednak Krzysztof B. stanowczo temu zaprzeczał i poinformował wszystkich, że Marię S. poznał podczas wczasów nad morzem. Dodał też, że Maria w Bułgarii pracowała jako pielęgniarka. Wszyscy przyjęli to za prawdziwą wersję, choć niektórym nie przyszło to łatwo. 22-letnia Maria S. podobnie jak Albena C. była wysoką, długonogą brunetką, a jej podobieństwo do kobiety ze sporządzonego w 2005 roku portretu pamięciowego było wprost uderzające. Ale cóż, te młode Bułgarki przecież są do siebie bardzo podobne…
Dariusz Gizak
Wszystkie personalia oraz niektóre okoliczności zdarzeń zostały zmienione.


