W połowie października policjanci z lubelskiej drogówki wpadli na niecodzienny pomysł w walce z drogowymi piratami – ukryli fotoradar w koszu na śmiecie i ustawili go przy jednej z głównych arterii w tym mieście. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania: zakamuflowane urządzenie przez weekend „ustrzeliło” ponad 1300 kierowców, którzy w tym miejscu przekroczyli dozwoloną prędkość. Większość jechała 20-30 km/h ponad to, co dopuszczały przepisy. Posypały się mandaty.
Akcja ta wzbudziła olbrzymie kontrowersje. – To maszynka do robienia pieniędzy, a nie forma prewencji, przecież nikt nie jeździ pięćdziesiątką na dwupasmowej arterii. A taka partyzantka naraża tylko policję na śmieszność – komentowali poirytowani kierowcy. Do rzadkości należały bardziej wyważone opinie w rodzaju: Ludzie, macie pretensje, że policja się ukrywa? Taka jej praca. Albo jeździsz przepisowo i nie płacisz, albo jeździsz jak pirat i płacisz. Tymczasem policja nie ma sobie nic do zarzucenia: – Nasze działania są zgodne z prawem. Wymuszamy na kierowcach jazdę zgodną z przepisami na wszystkich drogach, a nie tylko tam, gdzie stoi maszt fotoradaru – tłumaczą funkcjonariusze.
Trudno nie przyznać racji tym ostatnim. Zamaskowane fotoradary ustawiane bez ostrzeżeń w najmniej spodziewanych miejscach, to postrach kierowców łamiących przepisy ruchu drogowego. Musimy z nimi walczyć bo Polska w 2008 roku zajęła drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem liczby ofiar wypadków drogowych (śmierć poniosło 5437 osób, czyli 143 na milion mieszkańców). Gorszym wynikiem może pochwalić się jedynie Litwa – gdzie współczynnik ten wynosi 148 osób na milion mieszkańców. Takie wnioski płyną z raportu Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Transportu. Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że 31 procent wypadków na polskich drogach spowodowanych jest przez kierowców jadących z nadmierną prędkością, 24 procent – to skutek nieustąpienia pierwszeństwa przejazdu innym pojaz- dom, zaś 8 procent – pieszym. Wreszcie 7 procent wypadków powodują nieprawidłowo wyprzedzający kierowcy.
Ale to tylko jedna strona medalu. Fotoradary wzbudzają emocje z wielu innych powodów. Coraz częściej te urządzenia są doskonałym interesem dla władz samorządowych, które planując budżety z góry szacują, ile uda im się zarobić na mandatach od kierowców. Koszt takiego urządzenia to ok. 150 tysięcy zł i zwraca się on po kilku tygodniach. Tyle tylko, że są one instalowane w miejscach, gdzie najłatwiej o zarobek, zaś rzadko tam, gdzie naprawdę są potrzebne! Zresztą często mamy – i słuszny – żal do policji o to, że nie interesuje się nieoświetlonymi rowerzystami po zmroku, kierowcami spowalniającymi ruch, którzy na dwupasmowej drodze jadą 40 km/h i kurczowo trzymają się lewego pasa, chociaż prawy jest wolny, stanem technicznym kilku nastoletnich pojazdów, które już na pierwszy rzut oka nie powinny znaleźć się na drodze. Ale ponieważ te ostatnie nie łamią przepisów o ograniczeniu prędkości, szanse na policyjną kontrolę są raczej niewielkie.
Można odnieść wrażenie, że niektórzy widzą w fotoradarach cudowne remedium na poprawę bezpieczeństwa na polskich drogach. To jednak chyba płonne nadzieje! Jeden z internautów stwierdził nawet, że ustawianie setek tych urządzeń na dziurawych polskich drogach przypomina mu leczenie gangreny pudrem! Polacy, w przeważającej większości, jeżdżą dość leciwymi samochodami (ponad dwie trzecie aut ma ponad dziesięć lat, to dwa razy więcej niż wynosi średnia w Unii Europejskiej!), w których nie ma nowoczesnych systemów bezpieczeństwa. Tymczasem stan infrastruktury drogowej w Polsce woła o pomstę do nieba, a tempo jej rozbudowy można skwitować jednym słowem – katastrofa! Przez dwadzieścia ostatnich lat zbudowano 800 kilometrów autostrad, tymczasem w Chorwacji, zniszczonej w połowie lat 90-tych wojną domową i pozbawioną dotacji unijnych, przybyło ich o kilkaset kilometrów więcej. I nie chodzi tu tylko o brak autostrad, ale również o wiele tańszych w budowie dróg ekspresowych, wreszcie zwykłych obwodnic omijających miasta powiatowe. Marzą nam się bezawaryjne skrzyżowania, oddzielenie ruchu lokalnego od tranzytowego, drogi bez dziur i wybojów. Skoro stać na to inne państwa, dlaczego i my nie możemy sobie na to pozwolić?!
Co tymczasem proponują urzędnicy odpowiedzialni za stan polskich dróg, dla których pojęcie płynności ruchu jest chyba pojęciem zupełnie nieznanym? Setki fotoradarów, ograniczenia prędkości do 50 km/h na trzypasmowych, prostych drogach, gdzie nie ma żadnych przejść dla pieszych, wysepki z krawężnikami spowalniające ruch w terenie niezabudowanym, ograniczenia prędkości, bo kiedyś prowadzono remont szosy, ale pomimo zakończenia prac ktoś zapomniał ich usunąć… Każdy z kierowców może podać przykłady równie irracjonalnych sytuacji na drogach. Łatwo jest powiedzieć, że przyczyną wypadków jest nadmierna prędkość, ale nikt nie zrobił badań na ile przemęczenie kierowców z powodu wydłużania czasu jazdy na tym samym odcinku przekłada się na większą wypadkowość. Przez wiele lat jazda z Warszawy do Katowic zajmowała przeciętnemu kierowcy 3,5 godziny. Ale to było kiedyś. Przybyło ograniczeń prędkości, skrzyżowań z sygnalizacją świetlną, wreszcie ponad 40 fotoradarów skutecznie studzi pokusę wciskania pedału gazu. Efekt – na przejechanie tego odcinka trzeba liczyć do pięciu godzin. Powie ktoś, że wszystkie te ograniczenia na jednej z najbardziej obciążonych dróg w kraju wprowadzono w imię bezpieczeństwa. To cieszy… ale jednocześnie smuci, że przez ostatnich kilkanaście lat nie zbudowano przynajmniej dziesięciu bezkolizyjnych skrzyżowań, które z pewnością przyspieszyłyby podróż z centrum na południe kraju.
Gwoli sprawiedliwości trzeba stwierdzić, że sami kierowcy też są sobie winni. Jest sporo prawdy w stwierdzeniu, że to nie drogi są w Polsce niebezpieczne, ale kierujący pojazdami. Szczególnie ci, którzy siadają za kółko po wypiciu alkoholu, oraz ci wszyscy, którzy gnają na złamanie karku w terenie zabudowanym. Nadal na polskich drogach widać głupotę, chamstwo i bezmyślność, brakuje kultury, uprzejmości i zrozumienia dla innych uczestników ruchu drogowego. Gdyby te podstawowe zasady zachowania się na drodze udało się zaszczepić wśród polskich kierowców, podróżowanie byłoby o wiele bezpieczniejsze, łatwiejsze i przyjemniejsze. A jeśli będziemy jechali zgodnie z przepisami, to nawet fotoradary ukryte w koszach na śmiecie nie będą nam straszne!


