Humor z Temidą    

 
 

      Bieżący numer      

 
Detektyw - okładka
 

  Wydanie Specjalne  

 
Detektyw - Wydanie Specjalne - okładka

Dobroć ukarana

2009-08-13

Ignacy W. od lat handlował dewocjonaliami w całej Polsce. Ten starszy mężczyzna lubił pomagać innym. Niestety, ta dobroć go zgubiła. Zaufał i zatrudnił bezdomnego 37-letniego Romana J. Jak się wkrótce okazało bezdusznego alkoholika, który bestialsko zabił swojego pracodawcę. Bez skrupułów zamordował jedyną osobę, która wyciągnęła do niego rękę, która go wspierała i chciała wyrwać z nałogu. Motyw zabójstwa był prozaiczny. Roman J. ukradł pieniądze i samochód pracodawcy, aby pojechać do swojej nastoletniej dziewczyny.

W kwietniu 2008 roku na terenie diecezji kieleckiej trwała peregrynacja Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Religijne uroczystości odbywały się w wielu miejscowościach, do których przyjechali sprzedawcy dewocjonaliów z całej Polski. Także ponad sześćdziesięcioletni Ignacy W. postanowił wykorzystać ten sprzyjający czas do rozstawiania swojego niedużego kramu ze świętymi obrazkami, krzyżami i łańcuszkami. Jak zwykle w pracy pomagała mu żona Ewa oraz synowie. Rodzina wynajęła dwa pokoje we wsi w pensjonacie koło Kazimierzy Wielkiej. Codziennie rano Ignacy W. wraz żoną i synami, wyruszali do miejscowości, w której przebywał Święty Obraz. Żmudnie rozstawiali swój kram przy kościele, a wieczorem z powrotem pakowali do auta i wracali do hotelu. Po kilku dniach takiego wędrownego życia okazało się, że teściowa Ignacego W. zachorowała. Kobieta była już w podeszłym wieku i rodzina obawiała się o jej życie. Po krótkiej naradzie Ewa W. postanowiła wraz z synami wracać do domu.
– Jak ty sobie poradzisz sam? – martwiła się Ewa W. o męża, który nie był już najmłodszy, a w dodatku miał problemy ze zdrowiem. Poza tym nie lubił prowadzić samochodu.
– Słyszałem, że ci nasi znajomi handlarze ze Śląska szukali przez ogłoszenie w prasie pracownika sezonowego. Podobno zgłosił się jeden, ale go nie zatrudnili. Może ja go wezmę – zaproponował
Ignacy W.
– Tylko sprawdź, co to za mężczyzna. Nie bądź taki łatwowierny jak zwykle. Jesteś coraz starszy, wozisz ze sobą utarg z kilku dni. Uważaj na siebie – ostrzegała żona.

Pracownik z ogłoszenia

Zaraz po wyjeździe żony i synów Ignacy W. odwiedził zaprzyjaźnione małżeństwo handlarzy dewocjonaliów ze Śląska. Mieszkali w tym samym hotelu.
– Alu, podobno dałaś ogłoszenie, że szukasz pracownika do pomocy w handlu. I co? – dopytywał znajomą.
Kobieta mocno się skrzywiła i zniechęcona pokręciła głową.
– Zgłosił się jakiś obdartus. Pijaczyna bez pojęcia. Wyraźnie zaznaczyłam w ogłoszeniu, że szukam kierowcy, a ten przyszedł na rozmowę „wczorajszy”. Nawet się nie ogolił. Pogoniłam go od razu. I miałam rację. Widziałam, że dziś od rana pije piwo przy sklepie. Ludzie w ogóle nie szanują pracy – ze złością mówiła Alicja C.
Ignacy W. lubił sam ocenić ludzi. Dziarskim krokiem pomaszerował do sklepu. Na ławce wygrzewał się w kwietniowym słońcu szczupły, a właściwie kościsty mężczyzna. Jego wiek trudno było określić, bowiem na jego pooranej zmarszczkami twarzy, swój ślad zostawił alkohol. Sprzedawca przysiadł się do nieznajomego, przedstawił się i nie ukrywając wyjawił, że poszukuje pracownika do pomocy przy rozstawianiu stoiska oraz jeżdżeniu po okolicznych wioskach.
– Masz prawo jazdy? – bez zbytnich ceregieli zapytał Ignacy nowo poznanego mężczyznę. Równocześnie przyglądał się mu bacznie.
– Mam – nieznajomy nie był rozmowny. Ale to właśnie spodobało się starszemu mężczyźnie. Wbrew niepochlebnej opinii znajomej postanowił zatrudnić nieznajomego.
– Dam ci pracę. Widzę, że dziś piłeś, ale jeśli chcesz, możesz zacząć od jutra – zaproponował.
– Dobra. Jestem Roman J. Mogę robić wszystko, co chcesz. Kierowcą jestem dobrym. Jak się umówimy z kasą i w ogóle? – Romanowi J. trochę plątał się język.
Ignacy W. kolejny raz uważnie przyjrzał się Romanowi J. Jakby kalkulował, na ile może mu zaufać. W końcu uśmiechnął się i przyjacielsko poklepał nowego pracownika po ramieniu.
– Mam wolne miejsce w hotelowym pokoju, bo moja żona musiała wyjechać. Zamieszkasz ze mną. Ja będę płacił za hotel. Twoja pensja to 1000 złotych na rękę. Zgoda? – wyciągnął rękę do Romana J.
– Zgoda. Od jutra biorę się do pracy u ciebie – Roman J. mocno ścisnął rękę pracodawcy. Po tej rozmowie obaj mężczyźni poszli do hotelu. Okazało się, że Roman J. nie ma ze sobą nawet przyborów do golenia.
– To jak chcesz taki nieogolony sprzedawać przy kościele święte obrazki? Ludzi mi odstraszysz od straganu. Kup sobie maszynkę do golenia i jakieś mydło – nakazał pracodawca.
Roman J. skrzywił się nieznacznie. Po czym sięgnął ręką do kieszeni spodni. Wyciągnął kilka drobnych monet. Przeliczył je, mrucząc z cicha pod nosem.
– Mam niecałe dwa złote. Chyba mi nie wystarczy – przyznał zażenowany.
– To się porządnie spłukałeś! Czekaj, pójdziemy razem do sklepu. Kupię ci najpotrzebniejsze rzeczy – znów dobrotliwie poklepał Romana J. po ramieniu.
W wiejskim sklepie kupili maszynkę do golenia i kosmetyki. Ignacy W. poprosił sprzedawczynię również o zapakowanie dwóch T-shirtów.
– Musisz schludnie wyglądać. Nie jak jakiś lump – tłumaczył nowemu pracownikowi, gdy ten żachnął się, po co taki zbyteczny wydatek.
W hotelu nakazał Romanowi J., aby wykąpał się i ogolił. W tym czasie sam przygotował  skromne kanapki i herbatę. Po posiłku obaj położyli się spać.
– Musimy się wyspać. Wstajemy o świcie, żeby zdążyć rozłożyć stoisko przed poranną mszą. Śpij spokojnie, obudzę cię rano – tłumaczył.
Roman J. zasnął ledwie głowę przyłożył do poduszki. Właściciel straganu długo jeszcze nie mógł zasnąć. W myślach rozważał, czy dobrze zrobił, zatrudniając nieznanego mężczyznę. Wiedział, że żona zmyje mu głowę za taką lekkomyślność.
– A co tam, byleby robotny był. Sam nie dam rady – mruknął w końcu do siebie. Odwrócił się na drugi bok i zasnął.

Wyznania alkoholika

Wstali przed świtem. Ignacy W. sprawnie przygotował śniadanie. Z niepokojem przyglądał się swojemu nowemu pracownikowi, który z rana nie wyglądał najlepiej. Ręce mu się trzęsły, oczy miał przekrwione. Dwie mocne kawy postawiły go jednak na nogi. Wkrótce siadł za kierownicą Opla swojego pracodawcy i wyruszyli do miejscowości, w której tego dnia miał być przyjmowany Święty Obraz.
W ciągu pierwszego dnia Ignacy W. z zadowoleniem zauważył, że Roman J. nie boi się ciężkiej pracy. Ochoczo dźwigał towar, rozkładał stragan. Okazał się bardzo przydatny. Potrafił też zagadać do kupujących, a nawet przekonać ich do wybrania czegoś ze stoiska. Wieczorem, po całym dniu pracy, wrócili do hotelu. Roman J. padł ze zmęczenia na tapczan i zasnął w ciągu kilku chwil. Pracodawca nakrył go kocem.
– Dobrze się dziś spisałeś – mruknął Ignacy W. bardziej do siebie niż do pochrapującego pracownika.
Następne trzy dni minęły im szybko. Bladym świtem zrywali się do pracy, do hotelu wracali zmęczeni popołudniami. Któregoś wieczoru, kiedy siedzieli przed telewizorem w hotelowym pokoju, Roman zwierzył się swojemu pracodawcy, że jest alkoholikiem.
– Mam dobry zawód. Jestem ogrodnikiem. Pracowałem w szklarni. Tam wszyscy pili. To ja też. Inni jakoś potrafili przestać, kiedy trzeba było, a ja nie. Wyrzucali mnie za picie z niejednej roboty. Rok temu miałem atak padaczki alkoholowej. Trafiłem do szpitala. Wyszedłem po dwóch tygodniach, ale z nałogiem nie zerwałem – przyznał Roman.
Ignacy W. ze smutkiem kiwał głową.
– Oj, z wódką jeszcze nikt nie wygrał. Znałem wielu takich, którzy zapili się na śmierć. Żal mi ciebie. Dam ci pieniądze na esperal. Zaszyjesz się i przestaniesz pić. Nie ma innego wyjścia. Powiem w barze w hotelu i okolicznych sklepach, żeby ci nie sprzedawali alkoholu. Zobaczysz, dasz radę – planował Ignacy W.
Kolejne dni minęły spokojnie. Ignacy wręczył Romanowi pieniądze na zakup i założenie esperalu. Roman starał się trzymać z dala od sklepów z alkoholem. Kiedy miał wolną chwilę, dzwonił do swojej siedemnastoletniej narzeczonej.

Romans z nastolatką

Nie przyznał się pracodawcy, że spotyka się z dziewczyną młodszą od siebie o 20 lat. Poznali się ponad dwa lata wcześniej. Połączył ich przypadkowy esemes, który omyłkowo, piętnastoletnia wówczas Dorota, wysłała pod numer telefonu komórkowego Romana. Ten odpisał i tak zaczęła się ich, początkowo telefoniczna, znajomość. Wkrótce Roman wybrał się w odwiedziny do rodzinnej miejscowości Doroty. Ani jej, ani jemu nie przeszkadzała duża różnica wieku. Nastolatka traktowała poznanego mężczyznę raczej jak ojca niż przyjaciela. On szpanował przy niej pieniędzmi i samochodem, który pożyczał od znajomego. Twierdził, że jest bajecznie bogaty i żyje z bankowych procentów. Obiecał, że kiedy będzie pełnoletnia, to zabierze ją do Stanów Zjednoczonych.
– Mam dobrych znajomych na Florydzie. Zamieszkamy tam. Wyślę cię do dobrej szkoły. Jeszcze nie teraz, bo jesteś za młoda. Nie pozwoliliby nam razem wyjechać z Polski. Zobaczysz, jak nam będzie wspaniale – snuł marzenia Roman, który przy Dorocie starał się nie pić alkoholu i zawsze był schludnie ubrany.
Dziewczyna naiwnie wierzyła w jego opowieści. Wierzyła w niego niczym w młodzieżowego idola. On przy Dorocie rósł w oczach z dumy, że taka małolata poleciała na niego. Nastolatka tak oszalała z miłości, że kilka razy uciekła z domu, aby się z nim spotkać. Oczywiście miała później problemy z nieusprawiedliwionymi nieobecnościami w szkole. Matka dziewczyny zorientowała się, że córka spotyka się ze starszym mężczyzną. Poprosiła go o spotkanie. Błagała, aby przestał kontaktować się z Dorotą, ale Roman nie miał sobie nic do zarzucenia.
– To pani ją źle wychowuje. Nie ma pani dla niej czasu. Z nią trzeba rozmawiać spokojnie. A pani tylko krzyczy i ma coraz większe wymagania – pouczał matkę Doroty.
Kobieta prosiła o pomoc policjantów z miejscowego komisariatu, ale ci niewiele mogli zrobić. Zafascynowanie Doroty nie przeszło nawet, kiedy okazało się, że jej ukochany nie jest tak bogaty, jak opowiadał na początku znajomości.
– Mam przejściowe kłopoty. Bank zablokował mi konto. Muszę poszukać pracy, ale to tylko dorywczo, do rozwiązania problemów z bankiem – bajerował nastolatkę.
Dziewczyna nie zdziwiła się więc, kiedy na początku maja 2008 roku Roman W. wysłał do niej esemesa z informacją o znalezieniu „świetnej pracy”. Mężczyzna pisał, że wkrótce będą mogli się spotkać.

Pijackie plany

Początkowo Roman chciał poprosić swojego pracodawcę o pożyczenie pieniędzy na wyjazd do dziewczyny, potem uznał, że lepsze wrażenie zrobi, kiedy przyjedzie do Doroty samochodem.
– Auta to stary na pewno mi nie da. Muszę skubnąć mu samochód i trochę kasy – planował Roman J., który zaczął znowu popijać alkohol. Robił to jednak ukradkiem, tak aby pracodawca się nie zorientował. Któregoś wieczoru, kiedy Ignacy W. zasnął zmęczony po pracy, Roman zabrał mu kluczyki od auta oraz koszulę, w której pracodawca nosił dokumenty i pieniądze. Mężczyzna wsiadł do samochodu, ale nie zdecydował się na odjechanie. Zamknął samochód i wrócił do hotelu. W pokoju odłożył skradzione rzeczy na swoje miejsce. W łazience ukradkiem napił się wódki.
– Jeszcze nie dzisiaj. Może za kilka dni – planował.
W końcu Roman wysłał do Doroty esemesa, że przyjedzie do niej wieczorem 10 maja. W tym dniu jak zwykle obaj mężczyźni handlowali dewocjonaliami. Rano Roman kupił w pobliskim sklepie niedużą butelkę wódki. Popijał z niej co jakiś czas. Pracodawca nie zorientował się, że Roman z godziny na godzinę był na większym rauszu. Po powrocie do hotelu Ignacy stwierdził, że jest zmęczony i idzie odpocząć.
– Rozładuj sam towar. Mnie coś dziś serce boli. Będę w pokoju, gdybyś mnie potrzebował – stwierdził starszy mężczyzna.
Romanowi wcale nie przeszkadzała nieobecność pracodawcy. Spokojnie kupił w sklepie kolejną flaszkę. Pił sam w czasie wynoszenia towaru z auta. W myślach planował kradzież samochodu i pieniędzy. Tak minęło mu popołudnie. Wieczorem zajrzał do pokoju.
– O, jesteś. To dobrze. Właśnie przygotowałem kolację. Siadaj, zjemy razem – ucieszył się Ignacy W.
Roman nie palił się do wspólnego posiłku z pracodawcą, którego zamierzał wieczorem okraść. Bał się jednak swoim zachowaniem wzbudzić jego podejrzenia. Posłusznie siadł przy niewielkim stoliku. Ledwo przełknął dwie małe kanapki.
– Coś ty dziś taki nieswój? – zagadywał pracodawca. Wkrótce dał jednak spokój milczącemu Romanowi.
– Ochlapię się i idę spać – zapowiedział starszy mężczyzna.
Roman z ulgą wyszedł z pokoju. Bał się, że pracodawca zauważy w końcu jego podenerwowanie.
– Muszę się napić. Nie dam rady bez kielicha – mówił sam do siebie. Szybkim krokiem pomaszerował do sklepu nocnego. Pieniędzy wystarczyło mu na niedużą butelkę. Wypił ją na ławce przy hotelu. W budynku obok rozpoczęła się dyskoteka. Głośna muzyka zagłuszała wszystko w odległości stu metrów.

Nożem w pracodawcę

Czas działać – mruknął Roman i poszedł do hotelu. Cicho wszedł do pokoju. Zasłony były zaciągnięte. Chwilę trwało, aż wzrok przyzwyczaił mu się do ciemności. Widział zarys ciała Ignacego na wersalce. Mężczyzna spał przykryty kołdrą. Roman otworzył drzwi do łazienki, zapalił tam światło. Blask z lampy rozświetlił wnętrze pokoju. Roman nachylił się nad łóżkiem. Chwilę nasłuchiwał, czy pracodawca śpi. Uspokoiło go lekkie pochrapywanie, jakie dochodziło z pościeli. Rozejrzał się po pokoju. Nie zauważył na krześle koszuli, w której Ignacy trzymał pieniądze.
– Kur... pewnie w niej śpi – zaklął cicho pod nosem.
Z półki wziął tłuczek do mięsa. Cicho zbliżył się do śpiącego. Zaczął go odkrywać w poszukiwaniu pieniędzy.
– Co ty? – zapytał nagle rozbudzony Ignacy. Patrzył nieprzytomnie na Romana. Ten nie namyślając się uderzył tłuczkiem pracodawcę w głowę. Ignacy mimo zaspania usiłował się bronić. Mężczyźni zaczęli się szarpać. Sturlali się razem na podłogę. Ignacy leżał na plecach. Kołdra utrudniała mu ruchy. Roman odrzucił tłuczek i szybko sięgnął po nóż, który leżał na stole. Zadawał cios za ciosem. Ranił Ignacego w szyję, twarz, skroń. Krew starszego mężczyzny bryzgała po całym pokoju. W końcu zziajany Roman odrzucił nóż. Wziął z wersalki dużą poduszkę. Nakrył nią zakrwawioną twarz pracodawcy. A sam poszedł do łazienki. Odkręcił zimną wodę. Zmył krew z rąk i twarzy. Umył nóż. Wytarł go do sucha papierowym ręcznikiem. Potem położył nóż na metalowym grzejniku. Sprawdził w lusterku, czy nie ma krwi na twarzy. Wrócił do pokoju. Upewnił się, że Ignacy W. nie żyje. Z kieszeni w koszuli wyciągnął mu plik pieniędzy. Przeliczył banknoty, było ponad 1700 złotych.

Morderca się bawi

Mało – mruknął i niezadowolony sięgnął po dokumenty zabitego mężczyzny. Kluczyki do auta leżały na półce nad łóżkiem. Lekko rozsunął zasłony w oknie. Z zadowoleniem zauważył, że na dworze już zapadł zmrok. Sprawdził jeszcze, czy niczego nie zapomniał, po czym wyszedł. Zamknął pokój na klucz. Niezauważony przez nikogo wyszedł z hotelu i doszedł do parkingu. Bez problemu uruchomił samochód należący do Ignacego. Zanim odjechał z parkingu, wysłał esemesa do Doroty. Zawiadomił ją, że będzie u niej za dwie godziny. Około godziny 23.00 dotarł do miejscowości, w której mieszkała siedemnastolatka. Czekała na niego w umówionym miejscu. Bez żadnych wątpliwości wsiadła do auta.
– To gdzie masz ochotę pojechać? – zapytał z galanterią.
Po krótkim przywitaniu postanowili pojechać do Krakowa. Centrum miasta, mimo późnej pory, tętniło życiem. Roman wręczył Dorocie plik pieniędzy skradzionych pracodawcy.
– Chodź, zaszalejemy w knajpach. Możesz zamawiać, na co masz ochotę – zachęcał dziewczynę. Nie mieli problemu ze znalezieniem czynnej restauracji. Zamówili ciepłe dania. Co jakiś czas Roman zostawiał Dorotę samą przy stoliku. Szedł wówczas do baru.
– Panie barman. Daj pan setę, tylko szybko – wołał do barmana. Kieliszek z wódką wychylał jednym ruchem, po czym wracał do stolika. W ten sposób wypił dość sporo.
Dorota nie zorientowała się jednak, że jej partner popijał alkohol. Po wyjściu z knajpy spacerowali po Starym Mieście. W końcu postanowili pojechać do Wieliczki. Wrócili do samochodu. Roman, choć był na mocnym rauszu, siadł za kierownicą. Jednak miał duże problemy z prowadzeniem auta. Myliły mu się kierunki, skrzyżowania. Dłuższy czas krążyli po pustych o tej porze ulicach Krakowa. Tuż przed godziną siódmą rano zmęczony Roman wjechał na czerwonym świetle na skrzyżowanie. Mężczyzna usiłował hamować, ale stracił panowanie nad kierownicą. Uderzył w słup lampy ulicznej, po czym auto przewróciło się i dachowało. Całe szczęście nie jechali zbyt szybko. Oboje wyczołgali się z odwróconego do góry kołami samochodu. Dorota siadła na krawężniku nieopodal roztrzaskanego Opla i rozpłakała się. Roman sprawdził, że nic jej nie jest i odszedł szybkim krokiem. Po chwili podszedł do niej przypadkowy przechodzień.
– Co ci jest? Jesteś ranna? – dopytywał obcy mężczyzna.
Dorota jedynie pokręciła przecząco głową. Kilka minut później na skrzyżowaniu pojawił się radiowóz. Policjanci zajęli się roztrzęsioną pasażerką. Okazało się, że nastolatka nie odniosła poważnych obrażeń. Funkcjonariusze pytali ją o kierowcę samochodu, ale dziewczyna nie wiedziała, co się z nim stało.
– Odszedł gdzieś – płakała.
Policjanci przeszukali auto. W schowku znaleźli pakunek owinięty folią. Było w nim ponad 6 tysięcy złotych. W bagażniku leżały dewocjonalia.

Zbrodnia w hotelu

W tym samym czasie w hotelu w niewielkiej miejscowości w województwie świętokrzyskim, małżonkowie Alicja i Jan C., sprzedawcy dewocjonaliów, usiłowali skontaktować się z Ignacym W. W tym dniu mieli razem pojechać do stolicy. Zaniepokojeni zauważyli, że na hotelowym parkingu nie ma samochodu Ignacego W. Stukali też do drzwi pokoju, w którym mieszkał wraz z pracownikiem. Nikt nie odpowiadał.
– Nie wyjechałby bez nas. Przecież wie, że nasz samochód jest zepsuty. Co się mogło stać? – zastanawiała się Alicja C.
Usiłowali dodzwonić się pod numer komórkowy Ignacego W., ale nie odbierał telefonu. W końcu dodzwonili się do żony sprzedawcy dewocjonaliów. Ewa W. była bardzo zaniepokojona zniknięciem męża.
– Dziś jeszcze z nim nie rozmawiałam. Miał jechać razem z wami. Sprawdźcie jeszcze raz w pokoju. Może zasłabł – martwiła się żona.
Małżonkowie jeszcze raz udali się do pokoju Ignacego.
– Chyba ktoś leży na podłodze. Źle to wygląda – zaalarmował Jan C., który zaglądał do pokoju przez dziurkę od klucza.
– Biegnij na portiernię po zapasowy klucz. Może rzeczywiście coś się przydarzyło Ignacowi – przyznała jego małżonka.
Kilka minut później mężczyzna wrócił z zapasowym kluczem. Bez trudu otworzył drzwi. Z niepokojem oboje weszli do środka. Na dywanie w pokoju ktoś leżał. Był przykryty kołdrą, spod której wystawała tylko goła, sina stopa. Jan C. uniósł kołdrę.
– Boże! To Ignac! On nie żyje – krzyczała Alicja C.
Małżonkowie nie mieli wątpliwości, że ich znajomy nie żyje, bowiem Ignacy W. leżał w kałuży zakrzepniętej krwi.
– To morderstwo. Trzeba wezwać policję. Wychodzimy stąd natychmiast, żeby nie zniszczyć śladów – szybko nakazał Jan C.
Wezwany lekarz pogotowia mógł tylko stwierdzić zgon Ignacego W.
– Nie żyje od kilku godzin – wstępnie ocenił lekarz.
Policjanci zauważyli, że w pokoju nie ma portfela i dokumentów tożsamości zamordowanego. Znaleźli za to zakrwawiony tłuczek do mięsa oraz nóż, którym prawdopodobnie posłużył się zabójca. Od początku pierwszym i jedynym podejrzanym o ten okrutny mord był pracownik zabitego – Roman J.

Bez skruchy i przeprosin

Jeszcze tego samego dnia Roman J. wpadł w ręce policji. Zatrzymano go pijanego w sztok w Krakowie. Miał ponad 3 promile alkoholu. W jego kieszeni znaleziono dokumenty na nazwisko Ignacego W. Po wytrzeźwieniu usłyszał zarzut – zabójstwa pracodawcy. Przyznał, że chciał zabrać pracodawcy pieniądze i samochód.
– Nie pamiętam ciosów nożem. Coś mi przebłyska, że myłem jakiś nóż w łazience – mówił Roman J., później nie chciał więcej wyjaśniać. Prokurator oskarżył go o zabójstwo. Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Kielcach. Roman J. przyznał się do winy. Bez skruchy słuchał zeznań świadków.
– Dałam ogłoszenie, że poszukuję pracownika. Zgłosił się oskarżony. Nie wzbudził mojego zaufania. Był „wczorajszy”, wyglądał niechlujnie. Nie zatrudniłam go. Ale nagle Ignac kogoś musiał zatrudnić do pracy, ponieważ jego rodzina musiała wyjechać. Ostrzegłam go przed Romanem, ale on go zatrudnił. Był z niego zadowolony. Jedynym problemem był alkohol. Roman pił na umór. W końcu obiecał, że wszyje esperal. Ignac dał mu pieniądze na lekarza, na esperal i jeszcze na nowe okulary. On chciał pomóc Romanowi – mówiła Alicja C.
Żona zamordowanego mężczyzny była w sądzie oskarżycielem posiłkowym. Mówiła, że nowy pracownik nie przypadł jej do gustu.
– Pił alkohol. Prosiłam męża, aby go zwolnił. Bałam się, że „po pijaku” spowoduje wypadek. Mąż twierdził, że pomoże wyjść Romanowi „na ludzi” – wyznała w sądzie wdowa. Prokurator zażądał dla oskarżonego kary 25 lat więzienia. Roman J. w swym ostatnim słowie stwierdził, że nie chciał nikogo zamordować. Sąd przychylił się do wniosku prokuratora i wymierzył oskarżonemu karę 25 lat pobytu za kratami.
– Ignacy W. wyciągnął do oskarżonego rękę, choć nie musiał. Chciał mu pomóc w wydobyciu się z nałogu alkoholowego. Dał nawet pieniądze na wszycie esperalu. Przygarnął wbrew sugestii otoczenia. A oskarżony w okrutny sposób, z premedytacją pozbawił go życia. Zabił jedyną osobę, która chciała mu pomóc – uzasadniał wyrok sędzia.
Sędzia podkreślił, że Roman J. nawet nie wyraził skruchy. Nie przeprosił rodziny zamordowanego.

 

Katarzyna Strzelecka

 

Wszystkie personalia i niektóre szczegóły zostały zmienione.