Humor z Temidą    

 
 

      Bieżący numer      

 
Detektyw - okładka
 

  Wydanie Specjalne  

 
Detektyw - Wydanie Specjalne - okładka

Pilot

2011-12-13

Karol Zawadzki urodził się 21 maja 1949 roku w Strzelcach Opolskich. Kiedy miał 9 lat, wraz z matką wyemigrował do RFN „za chlebem”. Jego ojciec posiadał podwójne obywatelstwo, dlatego udało mu się ściągnąć rodzinę do Düsseldorfu, w którym przebywał od wojny. Jego przyjaciel z dziecięcych lat Ludwik Joachimowicz widział go wtedy po raz ostatni w swoim życiu. Wspominał tylko, że już od małego Karol miał jedno wielkie marzenie – zostać pilotem.

W kwietniu 2002 roku do biura Edwarda S. prowadzącego prywatną agencję detektywistyczną zgłosiła się Mariola Ł. Twierdziła, że jej 19-letnia córka Sandra została porwana podczas castingu modelek w Düsseldorfie, na który wyjechała dwa tygodnie wcześniej. Przypadek Ł. nie był pierwszym, o którym słyszał Edward S. Kilka miesięcy wcześniej zajmował się zaginięciem dziewczyny z Katowic. Dochodzenie jednak przerwał, gdyż dziewczyna po paru tygodniach zadzwoniła do rodziców, że znalazła w Niemczech pracę i chciała tam zostać na dłużej.

Poprzednia sprawa pozwoliła ustalić, iż sposób, w jaki zrekrutowano Sandrę Ł. przypominał metody znanej na Śląsku grupy „Cygana”, odpowiedzialnej za wywożenie polskich dziewczyn do zachodnich agencji towarzyskich. Edward S. nie chciał jednak martwić matki, dopóki najgorszy scenariusz nie zostanie potwierdzony. Zawiadomił o kolejnym takim przypadku policję. Dochodzenie z ramienia władz prowadziła podkomisarz Danuta J. Pracownicy z biura detektywistycznego namierzyli w lokalnej prasie ogłoszenie, które najprawdopodobniej prowadziło do grupy „Cygana”. Danuta J. zdecydowała się podesłać ogłoszeniodawcy – jako przynętę – funkcjonariuszkę. Jednak akcja przyniosła podwójne fiasko. Ludzie „Cygana”, zorientowali się, że z dziewczyną było coś nie tak i zostawili ją na parkingu. Nie dość, że nie udało się dotrzeć do „Cygana”, to dodatkowo został ostrzeżony, że policja namierzyła jego ludzi. Jednak policjantka znała już rysopisy i ksywy kierowców oraz zdołała zapamiętać numer rejestracyjny pojazdu, którym przyjechali tajemniczy „Szczypior” i „Buła”.

Jest ślad

Samochód, którym poruszali się przybysze z Niemiec był zarejestrowany na niemiecką spółkę zajmującą się importem olei. Jej siedziba mieściła się w pobliżu portu lotniczego w Weeze w zachodnich Niemczech. Detektyw dokładnie sprawdził firmę i 27 kwietnia udał się do Nadrenii. Z jego ustaleń wynikało, że właścicielem przedsiębiorstwa był Niemiec polskiego pochodzenia Karol Zawadzki. Natomiast lokalizacja w lesie po byłej bazie wojskowej sprzyjała nielegalnemu przetrzymywaniu ludzi. Jego zdaniem Sandra Ł. mogła być przetrzymywana właśnie tam. Siedziba firmy nie przypominała dobrze prosperującego interesu. Magazyn wraz z biurem mieściły się w starym hangarze, a w sąsiedztwie znajdowały się opuszczone i niszczejące koszary. Edward S. poddał firmę dyskretnej obserwacji, co ułatwiał otaczający hangar las.

Firma nie była dobrze zabezpieczona. Jedna kamera i prosty system alarmowy nie stanowiły problemu dla Edwarda S., by wkraść się w nocy do magazynu. Hangar był pusty. Nie było tam ani składowanego oleju, ani żadnej uprowadzonej osoby. S. prawdopodobnie porzuciłby ten trop, gdyby nie odnalezione pomieszczenie z dwoma łóżkami i damska torebka. Po przesłaniu fotografii matce okazało się, że nie należała ona do Sandry Ł. Następnego dnia w Weeze pojawił się sam Zawadzki. Detektyw był niemal pewny, że ich drogi już się kiedyś skrzyżowały.

Edward S. jako były funkcjonariusz SB został odsunięty w 1990 roku przez opolską komisję kwalifikacyjną od pełnienia funkcji publicznych. Jednak posiadał jeszcze wystarczająco wiele znajomości, aby uzyskać wgląd do tajnych akt służb bezpieczeństwa. Nazwisko Karola Zawadzkiego kojarzyło mu się z działającym na Śląsku Opolskim w latach 80. agentem Stasi – Karlem Savatzky. Rysopis i wiek wskazywały, że mogło chodzić o tego samego mężczyznę. Po powrocie do Polski postanowił się przyjrzeć bliżej postaci Zawadzkiego.

Stary znajomy

Pomimo upływu 20 lat nie ulegało wątpliwości, że Savatzky i Zawadzki to ten sam człowiek. Według informacji zdobytych przez polski kontrwywiad, Savatzky był w Stasi odpowiedzialny za monitorowanie obywateli niemieckich przybywających do swoich rodzin na Śląsku. wiedzialny niemiec- Ciekawostką jaką udało się odkryć naszemu kontrwywiadowi było, że Savatzky jako obywatel RFN służył przez 15 lat w tamtejszej Luftwaffe jako pilot myśliwca. Akta wzmiankowały, iż w latach 1969-1984 stacjonował w bazie lotniczej w Weeze. Czyli tam, gdzie prawie 20 lat później otworzył firmę importującą oleje. Natomiast Edward S. zajmował się jego obserwacją już we wczesnych latach osiemdziesiątych.

Zaskakujące było dla niego, że niemiecka Bundeswehra przez kilka lat miała w swoich szeregach szpiega obcego wywiadu, który na dodatek został zdemaskowany. Edward S. nie posiadał danych jak zakończyła się jego służba w Luftwaffe, lecz rozwiązanie tajemnicy o Zawadzkim niechybnie leżało w opuszczonej bazie wojskowej w Weeze. Edward S. podczas pobytu tam zauważył, jak wielu byłych pilotów z sentymentem wracało oglądać koszary i powstały tam międzynarodowy port lotniczy. Liczył, że spotka kogoś, kto służył z Savatzkim.

To nie przelewki

Wróciwszy do Weeze S. zaczął baczniej przyglądać się odwiedzającym bazę wojskową. W latach swojej świetności stacjonowali w niej nie tylko piloci niemieccy ale również Amerykanie, Brytyjczycy i Holendrzy. To głównie angielskojęzycznym turystom przypatrywał się Edward S. Jak sam później przyznał, zachowywał się dość nieostrożnie, pokazując zwiedzającym zdjęcie Zawadzkiego i pytając, czy może go pamiętają. Nikt z zapytanych jednak nie przypominał sobie niemieckiego pilota.

Przez bazę w ostatnich 40 latach przewinęło się kilkanaście tysięcy żołnierzy. Prawdopodobieństwo spotkania kogoś, kto służył razem z Karlem było minimalne, lecz Edward S. się nie poddawał.

Smutny finał poszukiwań miał miejsce 5 maja 2002 roku, kiedy to Edward S. najpierw został ogłuszony, a następnie ocknął się przywiązany do krzesła w hangarze. Ogromne pomieszczenie oświetlała tylko jedna żarówka, ale zorientował się, że nie był to ten sam hangar, w którym Zawadzki oficjalnie prowadził swoją firmę. Po kilku godzinach przybył sam Karol Zawadzki w asyście trzech mężczyzn: – Chyba mnie szukałeś? Prawda? Kto cię wynajął, rodziny tych dziwek?

Edward S. był szkolony na wypadek takich sytuacji, aby umieć opanować w sobie strach. Na jego pytania odpowiadał milczeniem i zastanawiał się, w którym miejscu popełnił błąd. Czy emerytowani żołnierze byli tu w jakiejś zmowie. Wyglądało to w jego oczach tak, jakby pełnili rolę strażników jakiejś tajemnicy z dawnych lat. Nagle przypomniał sobie fakt, iż część lasu w centrum bazy była odgrodzona i zamknięta. Na bramach były oznaczenia o prowadzonych badaniach i kategorycznym zakazie wstępu. Przypuszczał, że hangar, w którym go przetrzymywano, mógł znajdować się po drugiej stronie ogrodzenia. Jednak najważniejsze dla niego było wydostanie się z opresji. Wiedział, że groziła mu najprawdopodobniej śmierć.

Stara szkoła

Edward S. świetnie zdawał sobie sprawę, że miał niewiele czasu, by wymyślić sposób na wydostanie się z opresji. Sposób w jaki przywiązano go do krzesła wskazywał, że zrobili to młodzi współpracownicy Zawadzkiego, gdyż była to amatorszczyzna. Związali mu ręce z tyłu wokół oparcia, zostawiając nieskrępowane nogi. Od tego punktu S. wyszedł, planując potencjalną ucieczkę. Szczeliny pomiędzy przęsłami w dachu przepuszczały trochę światła, lecz pozwalało to na ustalenie pory dnia. Zapadał zmrok, co z jednej strony ułatwiało ukrycie się w zakamarkach bazy wojskowej, a z drugiej strony ludzie Zawadzkiego znali drogę w ciemności. Mężczyzn, którzy go pilnowali, Edward S. zdefiniował jako zwykłych oprychów, ponieważ nie przykładali się nadto do powierzonego im zadania. Dla 52-letniego mężczyzny konfrontacja z młodymi wysportowanymi rywalami nie wróżyła końcowego sukcesu.

Czekał na moment ich znużenia i dekoncentracji. Kiedy zapadł zmrok, podjął próbę wydostania się z hangaru. Przez niedomkniętą bramę widział jak jeden z trójki się oddalił. To była szansa. Edward S. balansem ciała przewrócił się razem z krzesłem, udając, że zasnął. Przez niedomknięte powieki obserwował reakcję strażników. Instynkt go nie zawiódł. Tylko jeden z niechlujnej obstawy podszedł go podnieść. Podciął nogami strażnika, a kiedy ten upadł również na ziemię, obrócił się i przydusił go krzesłem. Mężczyzna stracił przytomność, a Edward S. wyswobodził swoje ręce. Drugi strażnik stał zbyt daleko drzwi, aby usłyszeć krótką szamotaninę. Znalezionym przy rozbrojonym mężczyźnie Waltherem P99 ogłuszył ciosem w tył głowy drugiego z nich i uciekł w las. Po kilkuset metrach natknął się na siatkę, która oddzielała teren badań od wolnej strefy. Zaraz po jej sforsowaniu usłyszał odgłos odpalonego silnika samochodu. Obstawa Zawadzkiego popełniła kolejny błąd. Wystarczyło pozostać w lesie, aby samochód do pościgu był bezużyteczny. Dodatkowo włączone reflektory pozwalały kontrolować ich pozycję. Lotnisko międzynarodowe było jedynym miejscem w okolicy, z którego można było bezpiecznie się wydostać z Weeze. Tym tropem udała się grupa pościgowa, by odciąć zbiega od terminalu lotniska. Edward S. konsekwentnie trzymał się lasu. Siatka ogradzająca pas startowy była zbyt wysoka, by ją przeskoczyć. S. zaczął uciekać wzdłuż ogrodzenia. Naprzeciw wyszli mu strażnicy, kiedy detektyw przygotowywał się już do ewentualnej wymiany ognia, okazało się, że mężczyźni w ciemności lasu nie zauważyli go, wzajemnie oślepiając się latarkami. Edward S. dostał się na lotnisko, przechodząc między nimi. Posterunek policji był nieczynny, więc taksówką opuścił teren lotniska, oddalając od siebie niebezpieczeństwo.

Proszę się uspokoić!

Rankiem 6 maja Edward S. udał się na komisariat policji w Kleve. Jednak reakcja prowincjonalnych funkcjonariuszy kompletnie go zaskoczyła. Zasugerowali mu odpoczynek i ostentacyjnie powiedzieli, żeby się uspokoił, a oni wszystkim się zajmą. S. czuł, że znalazł się w jakimś „trójkącie bermudzkim”. Z jednej strony baza wojskowa wypełniona oprychami Zawadzkiego, a z drugiej opieszała bądź skorumpowana przez niego policja. Edward S. niezwłocznie opuścił komisariat, wiedząc, że przy takiej postawie funkcjonariuszy niechybnie wpadnie w ręce Zawadzkiego, który go już szuka od kilku godzin. Dodatkowo na pewno zajął się sprawą osobiście, po tym jak zawiedli go zatrudnieni nowicjusze. S. nie przyznał się, że wszedł w posiadanie Walthera P99. Od razu po wyjściu z taksówki ukrył go w zaroślach przed hotelem. Tam skierował pierwsze kroki, by odzyskać broń. Kiedy zbliżał się do miejsca ukrycia broni, zauważył samochód na rejestracji z Düsseldorfu. Zawadzkiemu tylko kilka godzin zajęło namierzenie taksówkarza, który wywiózł go z Weeze. Mimo tego, że nie udało mu się odzyskać schowanej broni, był jeden krok przed nim.

★ ★ ★

Kiedy Karl Savatzky był zajęty sprawdzaniem pod jakim fałszywym nazwiskiem zameldował się w hotelu Edward S., ten był już w drodze do Dortmundu. Liczył, że tamtejsza policja go wysłucha i potraktuje poważnie. Savatzky nie mógł już odpuścić, ponieważ sprawy zabrnęły za daleko. Po dotarciu na posterunek w okolicy stacji Dortmund-Derne odetchnął z ulgą. Policjanci wpuścili go do biura i kazali zaczekać na oficera służb specjalnych, który miał zająć się jego sprawą. Hans-Peter G. z Bundeskriminalamt jechał z Wiesbaden. Dotarcie do Dortmundu pochłonęło mu niemalże trzy godziny. Zanim Edward S. przekazał swoje ustalenia i opowiedział o swoim uprowadzeniu, było już pewne, że Savatzky zdążył się dobrze ukryć. Hans-Peter G. informacje o tym, że były pilot Luftwaffe był agentem Stasi przyjął dość spokojnie, ale widać było, że działania jakie zamierzał podjąć, wskazywały na duży respekt przed rywalem. Edward S. uczestniczył w akcji SEK (Sondereinsatzkommando – oddziały antyterrorystyczne, przyp. aut.) mającej na celu ujęcie Savatzkiego jako obserwator mający ułatwić identyfikację wspólników przestępcy.

Kapitulacja

Baza wojskowa w Weeze miała jedną podstawową zaletę. Zbudowano ją tak, by trudno było się do niej dostać. Tymczasem funkcjonariusze Bundeskriminalamt postanowili wykorzystać tę cechę w odwrotny sposób i zajęli wszystkie wejścia tak, aby ciężko się było z niej wydostać. Akcję przeprowadzono w nocy 7 maja 2002 roku, uwzględniając spostrzeżenia Edwarda S., iż przestępcy mieli problemy z poruszaniem się w ciemnościach. Błyskawiczny atak oddziałów SEK na wskazany przez polskiego detektywa hangar kompletnie zaskoczył przestępców, którzy próbowali ratować się ucieczką w las, jednak szybko zostali schwytani. Uderzenie antyterrorystów ostrzegło Zawadzkiego, który zdołał się wymknąć z kordonu otaczającego hangar, otwierając ogień do funkcjonariuszy. Dramatyczny pościg za przestępcą zakończył się na ogrodzeniu lotniska. Savatzky słabo przygotowany do walki w nocy, strzelał do policjantów na oślep. W odpowiedzi został trzykrotnie postrzelony, co zakończyło jego ucieczkę.

★ ★ ★

Ciało Sandry Ł. ekshumowano w lesie przylegającym do biura firmy 17 listopada 2002 roku. Koszmar matki trwał tak długo, gdyż niemiecka policja skoncentrowała się na zarzutach o szpiegostwo, co świadczyło, iż w jednej z najlepszych armii świata, do jakich zaliczano Bundeswehrę, dochodziło do tak skandalicznych niedopatrzeń. Zawadzki jako motyw zamordowania Sandry Ł. podał brak współpracy i grożenie pójściem na policję, co dla Edwarda S. było śmiesznym oświadczeniem ze strony niemieckich władz. Czego tak naprawdę dziewczyna była świadkiem i jakiej tajemnicy pilnowali byli piloci w zamkniętej części bazy, Edward S. nigdy się nie dowiedział.

Karl Savatzky nie doczekał się swojego procesu. 18 marca 2003 roku został znaleziony martwy w celi. Okoliczności śmierci nie podano do publicznej wiadomości. Savatzky również nie przyznał się w trakcie dochodzenia do szpiegowania na korzyść innego państwa.

Konrad Szymalak

Dane osobowe zostały zmienione.