Kiedyś używanie swoistego slangu kojarzono głównie z młodzieżą. Specjalnym, tajnym językiem porozumiewały się osoby z marginesu, przestępcy i więźniowie zakładów karnych. Ci pierwsi, czyli młodzi ludzie po prostu mieli w pogardzie język „wapniaków”, a ci drudzy nie chcieli, aby wszyscy rozumieli o czym mówią. Od jakiegoś czasu prawie każda grupa zawodowa używa znanych tylko sobie i nielicznej grupie wtajemniczonych, zwrotów. Swoistym językiem posługują się też i inne nieformalne grupy, np. użytkownicy CB–radia.
Miśki suszą
CB–radio przeżywa obecnie swój złoty okres. Dawniej jego posiadaczami byli tylko nieliczni. Po pewnym czasie telefony komórkowe, nie tyle co wyparły, ile zmieniły zastosowanie tego urządzenia. Kiedyś każdy z ówczesnych użytkowników „radyjka” miał ksywę. Dzisiaj CB posiada bardzo wielu kierowców, trudno więc, aby funkcjonowały pseudonimy. Jednak charakterystyczny dla tej grupy osób język nadal funkcjonuje.
– Uwaga mobilki, na czterysta dwudziestym miśki suszą! – można usłyszeć na falach radia. Oznacza to, że na 420 kilometrze stoi policja z radarem.
Użytkownicy CB mówią o sobie „mobilki”, policjanci to „miśki” (jeśli poruszają się na motocyklach – „miśki na hulajnodze”), kontrolerzy Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego – to „krokodyle”, radar – „suszarka”, droga to „ścieżka” lub „dróżka”, natomiast korek nazywany jest „zatwardzeniem”. Mobilki często życzą sobie „szerokości” (dobrej drogi) i „zimnego kapsla” wieczorem (zimnego piwa). W CB–radiowych rozmowach nie ma sztywnej formy „pan”, „pani”, wszyscy zwracają się do siebie: kolego, koleżanko, a na do widzenia najczęściej mówią „bajo”. CB–radiowcy pamiętają, aby podziękować np. za zrobienie miejsca na drodze: „dzięki za margines kolego”. Na frapujące kierowcę pytanie np. „Koledzy jak ścieżka do Katowic?”, odpowiadają np. „masz czysto kolego” – oczywiście, jeśli nie ma na drodze policji.
Nauczyć się tego slangu wcale nie jest trudno. Po prostu trzeba chwilę posłuchać innych „mobilków”, aby cokolwiek powiedzieć do „gruchy” (mikrofonu).
Trafik w targecie
Bardzo popularnym miejscem gdzie nowomowa rozprzestrzenia się błyskawicznie są korporacje. Najczęściej występujący miks angielsko–polski zaczyna być językiem naturalnym. Dziś spec od reklamy nie mówi już o grupie docelowej, ale o targecie do którego kierowany jest produkt czy usługa. Szef działu handlowego denerwuje się jeśli „nie schodzi mu się wolumen” (plan zakładany na dany miesiąc nie zostaje zrealizowany). Pracownicy działu marketingu zastanawiając się np. w jakim sklepie zrobić promocję, biorą pod uwagę „trafik” w danym obiekcie (ruch, czyli jak dużo osób tam przychodzi). Kiedy trzeba znaleźć prezesa pada hasło „stargetuj presa”. A na pożegnanie można usłyszeć „będziemy w intaczu” (będziemy w kontakcie).
W niektórych branżach rzekomo konieczne jest używanie obcojęzycznych określeń, bo podobno świadczy to o profesjonalizmie. Mówiący w ten sposób ma nadzieję, że takie sformułowania dodadzą mu autorytetu i szacunku, bo jakoby świadczą o zawodowym doświadczeniu. Tymczasem to tylko snobizm, bo zasada używania zapożyczeń z języków obcych jest taka, że korzystamy z nich tylko wtedy, gdy nie ma polskiego odpowiednika.
– W nowej firmie pracowałam dopiero kilka dni, kiedy kierownik poprosił mnie o „przelizanie” raportu – opowiada Magda z Warszawy. – Kiedy już otrząsnęłam się z osłupienia, wydedukowałam, że prawdopodobnie chodzi o bardzo dokładne przejrzenie owego raportu. Wiadomo przecież, że zawsze może wkraść się jakiś błąd. Na szczęście przed wielogodzinnym ślęczeniem nad kartkami uchroniła mnie koleżanka, wyjaśniając, że „przelizanie” oznacza ułożenie kartek, zalaminowanie i zbindowanie.
Dla nieobeznanych z korporacyjnym językiem niespodzianki czekają nawet w wiadomościach mailowych. Coraz bardziej popularne w takiej korespondencji staje się używanie skrótów, np. IMO (in my opinion – moim zdaniem…), ASAP (as soon as possible – tak szybko jak to możliwe), CU (see you – do zobaczenia) itd. A co jeśli wysyłając e–mail ktoś nas prosi abyśmy „zrobili do kogoś cecetkę”? Nic prostszego, przecież chodzi o to, aby list trafił również do wiadomości innej osoby. Dla nowych pracowników, którzy nigdy nie spotkali się z takimi skrótowcami, pierwsze dni w korporacyjnym świecie mogą być nie lada wyzwaniem.
Piórnik z wkładem
Wyjątkowo bulwersujące jest słownictwo używane przez pracowników zakładów pogrzebowych. Czy ktokolwiek z nas chciałby usłyszeć, jak o naszym bliskim zmarłym ktoś mówi: „Trzeba ubrać kloca w dębową jesionkę” (trzeba włożyć zmarłego do trumny). Inne określenia na zmarłego to: „sztywniak” lub „skóra”. Natomiast jeśli zmarły to wisielec, zostanie on nazwany „brelokiem”, a topielec „boją”. W sytuacji kiedy nieboszczyk jest wyjątkowo szczupły zostanie nazwany „sucharkiem”, natomiast ten z nadwagą „klockiem”. Trumna to „dębowa jesionka”, „garnitur”, „pudło” lub „piórnik” (jeśli z ciałem, to – „piórnik z wkładem”). Kontrowersyjne słownictwo nie omija także ciał które zostały skremowane. Urna to „doniczka”, a urna z zawartością „gorący kubek”.
Oczywiście, pracownicy zakładów pogrzebowych nie używają takiego słownictwa przy rodzinie zmarłego, ale niewykluczone, że takie określenia trafią do uszu pogrążonych w smutku żałobników. Dla pana z „pogrzebówki”, kolejne ciało to trup, a dla członka rodziny zmarłego, to cały czas ukochana mama, mąż itd.
– Trzeba jakoś rozładować stres – tłumaczy taki sposób wyrażania się pracownik jednego z łódzkich zakładów pogrzebowych.
Trzeba przyznać, że to ciężka i niewdzięczna praca, co nie zdejmuje z ludzi obowiązku szacunku dla zwłok i zachowania wyjątkowego taktu wobec rodziny zmarłego.
Zimne nóżki
Używanie skrótów i specyficznego języka może być związane z pracą w stresie i ciągłym ruchu, jak to się dzieje w przypadku ratowników medycznych. Slang tej grupy zawodowej budzi podobne kontrowersje jak pracowników zakładów pogrzebowych.
– Jeśli pacjent umarł to mówimy, że trafiły nam się „zimne nóżki” – mówi Paweł, ratownik medyczny.
Poszkodowany w wypadku motocyklowym to „dawca”, a w samochodowym – „kanapka”. Alkoholik lub bezdomny nazywany jest „nurkiem” lub „leżakiem”, w sytuacji gdy się awanturuje – „leżakiem postulatywnym”. Jeśli okazuje się, że pacjent „zjeżdża do bazy” czyli umiera, podpina mu się „parzydełka, czyli defibrylator. Natomiast EKG to „depesza z Damaszku”. Pacjenci z urazami głowy, czyli „stłuczki” zawożeni są na „przelocik” (rezonans magnetyczny).
Zdaniem ratowników takie słownictwo pozwala im zachować zimną krew i dystans, cechy bardzo potrzebne w obliczu codziennego oglądania ciężko chorych i zmasakrowanych osób. Dodatkowo slang zdecydowanie skraca komunikację.
Używanie slangu stało się niestety modne w określonych kręgach, trzeba jednak mieć na uwadze i to, że mało wyrafinowane zwroty mogą komuś sprawić przykrość. Pozostaje też kwestia zaśmiecania języka polskiego, przez bezkrytyczne zastępowanie polskich wyrażeń i zwrotów naleciałościami zaczerpniętymi z innych języków (jak to ma miejsce np. w korporacyjnym środowisku).


