Humor z Temidą    

 
 

      Bieżący numer      

 
Detektyw - okładka
 

  Wydanie Specjalne  

 
Detektyw - Wydanie Specjalne - okładka

Bestia

2012-01-18

Marek S. był częstym bywalcem miejscowej dyskoteki w Chojnicach na Kaszubach. Już w połowie tygodnia niecierpliwie wypatrywał piątkowego i sobotniego wieczora, gdy znów do rana będzie bujał się w rytm muzyki na zatłoczonym parkiecie. Na co dzień uczył się w zawodówce. W tygodniu przechodził przyuczenie zawodowe w jednym z warsztatów samochodowych w centrum miasta. To, co zarobił lub wyciągnął od rodziców, wydawał na zabawę i alkohol z niższej półki, który wlewał w siebie w towarzystwie kolegów. Na imprezy i dyskoteki nigdy nie żałował pieniędzy.

Marek nie należał do dyskotekowych amantów, którzy mogą mieć każdą dziewczynę po rzuceniu kilku zalotnych spojrzeń. Był jednak dość pewny siebie i zdecydowany, zwłaszcza po alkoholu, dzięki czemu nieraz udawało mu się nawiązywać nowe znajomości. Nie szukał dziewczyny na stałe, ale jak to często bywa w takich przypadkach – ona znalazła się sama. Gdyby Anna W. wiedziała, jak ta znajomość dramatycznie się skończy, nigdy nie dałaby się porwać Markowi do tego pierwszego tańca…

Anna W. była starsza od Marka o 2 lata. Miała19 lat. Mieszkała z rodzicami, od skończenia szkoły szukała pracy. Pomagała mamie zajmować się domem. Parę groszy dorabiała opiekując się dziećmi sąsiadów. Świetnie radziła sobie z małymi urwisami, sama marzyła o tym, aby kiedyś mieć własne dzieci z mężczyzną, którego pokocha. Póki co nie trafiła jednak na prawdziwą miłość. Wciąż szukała, rozglądała się za tym jednym jedynym.Za namową koleżanki raz, drugi wybrała się na dyskotekę.

– Tam na pewno poznasz sobie kogoś. Tyle fajnych chłopaków się kręci, postawi ci jakiś drinka, rozmowa się rozwinie, może i coś z tego będzie –słyszała Anna od przyjaciółki.       

Właśnie w taki sposób wpadła na Marka. To było lato 2000 roku. Stała w kolejce, żeby zamówić sobie drinka. On ni stąd, ni zowąd pojawił się tuż obok. Zaproponował, że postawi kolejkę. Przedstawili się sobie, wymienili sympatycznym spojrzeniem, po kilku minutach usiedli razem do stolika. Reszta wieczoru należała do nich. Najpierw pląsali na parkiecie w dyskotekowych rytmach. Gdy DJ puścił wolną piosenkę, Anna i Marek tańczyli wtuleni w siebie. On zdecydowanie prowadził w tańcu, dyktując rytm, ona dobrze czuła się w objęciach takiego pewnego siebie faceta. W zaciemnionym kącie sali ich usta spotkały się w tym samym miejscu. Zabawę zakończyli namiętnym pocałunkiem i umówili się na kolejną randkę w środku tygodnia. Tak się zaczęło…

 

Czar pryska

 

Były piękne kwiaty świeżo zerwane z ogrodu, butelki wina opróżnione na kocu rozłożonym nad brzegiem rzeki, spacery o zachodzie słońca i wspólne plany na przyszłość. Anna rozkochała w sobie Marka. Po dwóch latach znajomości postanowili zamieszkać razem. Wynajęli dwupokojowe mieszkanie w kamienicy na obrzeżach miasta. Gdy już żyli pod jednym dachem, coś zaczęło się psuć. Zaczęły się pierwsze spory i kłótnie, najpierw o byle drobiazgi. Raz o niewyprawny na czas kombinezon do pracy, innym razem o niezgaszone światło w łazience. Marek okazał się też być chorobliwie zazdrosnym partnerem. Gdy tylko ktoś zawiesił dłużej spojrzenie na Ani, na ulicy lub dyskotece, on natychmiast wszczynał z tego powodu awantury. Oskarżał partnerkę, że sama prowokuje innych do takich zachowań.        

Pewnego razu, po powrocie z pracy uroił sobie, że wyczuwa od Ani delikatny zapach nieznanej mu wody po goleniu. Wtedy uderzył po raz pierwszy. Przerażona kobieta zamknęła się w łazience, gdzie cały wieczór płakała. Na początku Marek sam był trochę przerażony tym, co się stało. Obiecał sobie i konkubinie, że już nigdy więcej do tego nie dopuści. Przepraszał, mówił, że to jednorazowy wypadek. Przyniósł kwiaty, przepraszał. Ona uwierzyła. Wybaczyła. Ale już po kilku miesiącach sytuacja się powtórzyła. Potem przynajmniej raz na kilka tygodni Ania musiała idąc do sklepu zakładać przyciemnione okulary, aby ukryć ślady tego, co działo się w czterech ścianach…

Marek i Ania nie zdecydowali się na ślub, ale po czterech latach znajomości, w 2004 roku, urodziła im się córeczka. Młoda matka liczyła na to, że dziecko pozytywnie wpłynie na jej partnera i poprawi psujące się między nimi relacje. Niestety, były to próżne nadzieje. Marek nie spuszczał z tonu, wręcz przeciwnie – coraz częściej zaglądał do kieliszka, po którym stawał się coraz bardziej agresywny. Znęcał się fizycznie nad Anią, rojąc sobie w głowie jej zdrady. Ona uciekała z dzieckiem do babci albo do brata. Marek po kilku dniach łagodniał, prosił, aby do niego wróciła. Obiecywał, że przestanie pić. Ania wracała. Przez jakiś czas wszystko było dobrze, niczym w starym, dobrym małżeństwie. Tymczasem po kilku tygodniach lub miesiącach historia powtarzała się na nowo.

 

Wyznanie na polanie

 

To był sierpień 2007 roku. Marek i Ania wpadli w większy finansowy dołek. Wciąż mieszkali, spali i byli razem, ale coraz ciężej było im się porozumieć. On stracił pracę i od kilku tygodni nie mógł znaleźć nowego zajęcia. Ona zajmowała się dzieckiem i nie była w stanie zatrudnić się nigdzie na pełny etat. Zasiłek z MOPS-u starczał na niewiele, razem szukali więc pomysłów, jak sobie dorobić parę groszy. Zaczęli zbierać jagody i grzyby w okolicznych lasach. Nie było z tego kokosów, ale zawsze parę groszy.

Jedną z takich wypraw do urokliwych, kaszubskich lasów Ania postanowiła wykorzystać do podzielenia się ze swoim partnerem nowiną, którą nosiła w sobie od kilku dni. Zaczęło się od powtarzających się mdłości, które kobieta najpierw uznała za zwykłe zatrucie pokarmowe. Gdy spodziewana miesiączka, mimo upływu dni, wciąż nie przychodziła, Ania domyślała się już przyczyny. Test ciążowy rozwiał wszelkie wątpliwości –  za kilka miesięcy urodzi drugie dziecko. Właśnie tą informacją postanowiła w leśnej głuszy, nieopodal miejscowości Rychnowy, podzielić się z Markiem… Obawiała się jego reakcji.           

Mężczyzna początkowo nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

– Jak to? Jesteś pewna? Zrobiłaś test? – dopytywał nerwowo.

– Na 100 procent. To drugi miesiąc – odpowiedziała niepewnym głosem.

Ale do Marka wciąż nie docierała ta wiadomość.

– Zrób jeszcze raz test, to może być jakaś pomyłka – sugerował w oszołomieniu.

– Jestem pewna, że to ciąża. Niebawem Karolinka będzie miała brata lub siostrzyczkę.      

Markowi błysnęły oczy. Drżącymi rękami otarł spływający z czoła nerwowy pot. Przełknął spienioną ślinę. Przez zaciśnięte zęby syknął przekleństwo w stronę Ani. Zanim kobieta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, potężnym uderzeniem pięści powalił ją na ziemię.

– Przestań, o co ci chodzi?! – zdezorientowana próbowała podnieść się z liści. Ale on nie miał zamiaru przestać. Marek wymierzył siarczystego kopniaka prosto w brzuch Ani. Kobieta zatoczyła się i jęknęła z bólu. Z oczu popłynęły jej łzy.

– Jaka ciąża, jakie dziecko? Czyjego bachora chcesz, żebym wychowywał, niewdzięczna!– wrzeszczał.

– To twoje dziecko, twoje… – krzyczała Ania, dławiąc się łzami.

 

Okrutny plan

 

Ale Marek już tego nie słyszał. W głowie zrodził mu się błyskawicznie okrutny plan ukarania swojej kobiety za rzekomą zdradę. Postanowił, że dziecko, które nosi w sobie Ania, nigdy nie ujrzy światła dziennego… Przed oczami stanęły mu obrazy jego samego opiekującego się maleństwem. Przez głowę przebiegały straszne myśli: Nie będzie wychowywał obcego dziecka, przytulał, ani kołysał do snu, gdy obudzi się w nocy. Ciarki przeszły mu po plecach. Postanowił, że nie pozwoli narodzić się temu dziecku…

Mężczyzna sięgnął po leżący tuż obok dziewczyny koszyk. Na dnie było kilka grzybów, dorodnych koźlaków, a między nimi nóż. Błyskawicznym ruchem zatopił brudne ostrze w ciele Ani. Dźgnął drugi raz, trzeci. W dzikim szale zadał w sumie pięć mocnych ciosów nożem. Kobieta straciła przytomność i bezwładnie osunęła się na ziemię. Z głębokich ran sączyły się strugi krwi, aż zielona trawa i mech wokół niej przybrały przerażającą brunatnoczerwoną barwę.

Ale dla mordercy to nie był koniec. Marek z szaleńczym obłędem przyglądał się brzuchowi swojej partnerki, gdzie już niebawem miały pojawić się delikatne, ciążowe krągłości. Ponownie wbił ostrzew ciało kobiety, ale tym razem zaczął scyzorykiem rozcinać skórę, aby dostać się do rozwijającego się płodu. W leśnej głuszy, z dala od miasta, pomiędzy gęstymi świerkami nikt nie był w stanie pomóc konającej kobiecie i powstrzymać szalejącego zwyrodnialca.

Mężczyzna po kilku minutach pastwienia się nad kobietą wreszcie dopiął swego. Pomiędzy wnętrznościami kobiety dostrzegł rozwijający się nieco ponad dwumiesięczny płód. Gwałtownym szarpnięciem wydobył dziecko z łona matki, wyrywając pępowinę. Przez kilka chwil przyglądał się maleństwu w osłupieniu.

Gdy zwyrodnialec w końcu nacieszył się straszliwym widokiem, zaciągnął nieżywą matkę razem z dzieckiem kilkanaście metrów dalej, pod brzozę, w gęste krzaki. Oba ciała przykrył liśćmi i gałęziami, a ślady krwi nieudolnie pozacierał butami. Wyrzucił zaplamione krwią ubranie, obmył się w pobliskiej kałuży i skrajem lasu wrócił do miasta.

 

Brat rozpoznaje siostrę

 

Po dziesięciu dniach na wstrząsające znalezisko natknął się spacerujący grzybiarz. Mężczyzna wracając z pracy do domu chciał nazbierać trochę grzybów na niedzielną jajecznicę. Pod brzozą zauważył ciało wystające spod liści i mchu zakrzepłego we krwi. W międzyczasie zaginięcie Ani zgłosił na policji zaniepokojony brat, Tomasz. Policjanci ruszyli na poszukiwania dziewczyny. Rozwiesili w mieście plakaty z podobizną zaginionej. Gdy dostali sygnał o makabrycznym znalezisku, natychmiast pojechali we wskazane miejsce. Brat rozpoznał ubranie siostry i mocno zmasakrowane ciało.

Podejrzenia od razu padły na partnera Ani, Marka. Wszyscy wiedzieli, że niezbyt im się układało, że często podnosił na nią rękę. Tak zeznał brat i kilku innych znajomych denatki. Ale on przepadł jak kamień w wodę. Rodzice ani znajomi nie wiedzieli, gdzie się podział. Mundurowi, którzy tak bestialskiej zbrodni nie widzieli w Chojnicach od lat, za priorytet postawili sobie odnalezienie sprawcy. Wreszcie zlokalizowali mordercę w jednym z mieszkań w centrum Chojnic, gdzie pił wódkę z kolegą. Podczas zatrzymania był już mocno pijany i nie stawiał oporu, gdy na jego przegubach zacisnęły się kajdanki.

 

Zbrodnia i kara

 

W trakcie przesłuchania, w blasku jaskrawej jarzeniówki wiszącej tuż nad jego głową, Marek przyznał się do wszystkiego. Pokłócił się z Anią. Dźgnął nożem. Zabił. Zbezcześcił zwłoki, wyrwał żywy płód z łona matki. Własnoręcznie podpisał protokół z przesłuchania. Kilka dni później kryminalni w kominiarkach na głowach zabrali przestępcę na miejsce zbrodni, gdzie przeprowadzono wizję lokalną. Zwyrodnialec oziębłym, pozbawionym emocji głosem, opowiadał ze szczegółami, co zrobił swojej partnerce oraz bezbronnemu dziecku. Ręką, w której kilkanaście dni wcześniej dzierżył zakrwawione ostrze teraz pokazywał, gdzie zadał pierwszy cios, gdzie zaciągnął ociekające krwią ciała, gdzie opłukał dłonie umazane krwią. Początkowo nie potrafił wyjaśnić motywu zbrodni. Wreszcie wyrzucił z siebie, że podejrzewał, że kobieta jest w ciąży z kimś innym. A z tym nie mógł się pogodzić za żadne skarby.

Prokurator sporządził akt oskarżenia, który po kilku miesiącach trafił do sądu okręgowego w Słupsku. Marek S. usłyszał zarzuty zabójstwa, przerwania ciąży, zbezczeszczenia zwłok oraz fizycznego i psychicznego znęcania się nad kobietą jeszcze za jej życia. Oskarżyciel domagał się od sądu dożywocia, tłumacząc jak niebezpieczny i nieobliczalny może być ten człowiek po wyjściu na wolność. Biegli po wnikliwych badaniach i obserwacjach ustalili, że morderca w momencie popełnienia zbrodni był osobą w pełni poczytalną, co nawet prokuratorom i sędziom, którzy niejedno w swoim życiu widzieli, nasuwało pytanie: „Jak normalny człowiek mógł zrobić coś tak potwornego?!”.

 

* * *

 

Proces w słupskim sądzie ruszył na początku 2008 roku. Przed obliczem sądu Marek S. nie chciał przyznać się do winy. Z kamienną twarzą wypierał się, że cokolwiek wiedział o ciąży Ani. Nie potrafił wyjaśnić, w jaki sposób tak brutalnie okaleczone zostały zwłoki kobiety. Sąd nie mógł dać wiary tej nowej linii obrony. Wcześniejsze zeznania, zebrane dowody, odciski palców na narzędziu zbrodni oraz zeznania osób trzecich świadczyły przeciwko mordercy i dzieciobójcy.

Podczas ogłoszenia wyroku w październiku 2008 roku, nieco ponad rok od morderstwa, Marka niebyło na sali rozpraw. Sąd zgodził się na niedoprowadzenie go z aresztu, o co osobiście wnioskował oskarżony. Choć groziła mu dożywotnia odsiadka, został skazany na 25 lat więzienia. Sędziowie niemieli wątpliwości co do jego winy. Nikt też nie miał wątpliwości, że to co zrobił ze swoją partnerką i dzieckiem odbiera mu prawo nazywania się człowiekiem.– To bestia w ludzkiej skórze! – mówił dziennikarzom jeden z bliskich Ani tuż po ogłoszeniu wyroku. Choć obrońcy planowali apelację, to jednak nie doszła ona do skutku.

Wobec tego Marek S. wiele najbliższych lat spędzi tam, gdzie jego miejsce – za kratami.

 

Konrad Buraczewski

 

Personalia oraz niektóre drobne okoliczności zostały zmienione.